Jakim jesteś kibicem?

Wczoraj zupełnie przez przypadek znalazłam się na meczu reprezentacji Polski w koszykówce. O możliwości uczestnictwa w tym wydarzeniu dowiedziałam się tego samego dnia i, coby nie zmarnować wieczoru wpatrując się w ekran komputera, po krótkiej chwili przemyśleń zdecydowałam się na tą alternatywną formę spędzenia wolnego czasu. Nie jestem fanką koszykówki, ba, nie jestem fanką sportów zespołowych w ogóle, ale stwierdziłam, że zawsze to jakieś nowe doświadczenie, a nowych rzeczy warto próbować (warto wiedzieć, że nigdy nie byłam na żadnym meczu na żywo).
Nie zamierzam pisać o samej rozgrywce, ponieważ nie mam o tym zielonego pojęcia, a i tak wydaje mi się, że temat, który zamierzam poruszyć można spokojnie sklasyfikować w kategorii nie znam się, to się wypowiem. Polska wygrała z Estonią przewagą czternastu punktów i chociaż zwycięstwo narodowej reprezentacji zawsze cieszy, nawet tych, którzy rozgrywek nie śledzą na bieżąco – wychodząc z hali czułam niesmak.

Podejrzewam, że podobne sytuacje mają miejsce na całym świecie, więc chciałabym z góry zaznaczyć, że nie mam pretensji stricte do polskich kibiców, a do kibiców w ogóle i do tego, że sytuacje tego typu mają miejsce. Mecz odbył się w moim rodzinnym mieście, rzeczą jasną jest, że z Estonii jest kawałek świata do przejechania, a fanów koszykówki jest zapewne w ogóle mniej niż kibiców zagorzale wspierających chociażby piłkę nożną (swoją drogą, zupełnie tego nie rozumiem, ponieważ – chociaż, jak podkreślam, wcale się na tym nie znam – mecz koszykówki wydawał mi się o wiele bardziej ekscytujący, niż to, co zwykle oglądamy na murawie boiska do piłki nożnej), stąd też hala wypełniona była w zasadzie samymi Polakami, a Estończycy zajęli jeden, skromnie zresztą obsadzony, sektor.
Szczerze mówiąc, zajęło mi trochę czasu zlokalizowanie kibiców drużyny przeciwnej, tak mały pierwiastek stanowili na tle wszechobecnych biało-czerwonych szalików.

Polacy, co do zasady, właściwie przez cały czas mieli nad Estończykami dość sporą przewagę punktową, chociaż zdarzyło się parę kryzysowych momentów (przynajmniej w moim mniemaniu). Wciąż jestem pod wrażeniem dynamicznie zmieniającej się sytuacji na tablicy z wynikami, przyzwyczajona do tego, że podczas telewizyjnych transmisji piłki nożnej, na gola czasami trzeba sobie naprawdę długo poczekać (można się go też na przykład w ogóle nie doczekać, ani po jednej, ani po drugiej stronie). Stąd też wnioskuje, że być może – wbrew moim odczuciom – przewaga nie była wcale taka duża – to mogą wiedzieć tylko prawdziwi fani.

Nie zmienia to faktu, że było mi wstyd za polskich kibiców, którzy – kiedy tylko Estończycy mieli okazję rzucać – ja to sobie nazwałam według nomenklatury futbolowej – rzuty wolne, (wiecie – jeden zawodnik naprzeciwko kosza, nikt mu za bardzo nie przeszkadza, może ktoś mi powie, jak to się fachowo nazywa?), jedyne co było słychać na hali to gwizdy i buczenie. Uważam, że to niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę znaczącą przewagę liczebną kibiców gospodarzy. Było mi Estończyków zwyczajnie szkoda, bo też na pewno dawali z siebie wszystko, a garstka kibicujących im fanów, nijak się miała do całego hangaru przepełnionego Polakami.
Czy te gwizdy naprawdę były konieczne? Czy to zawsze tak wygląda, kiedy drużyna wyjeżdża na mecz do innego kraju?

Wiadomo, nikomu nie każę świętować sukcesów przeciwnika. Udane rzuty do kosza Polaków dumnie oklaskiwałam, a powodzenia Estończyków, po prostu zbywałam milczeniem – zostawiałam w tym temacie pole do popisu garstce ich rodaków, którzy w rezultacie tak czy siak byli zagłuszani przez gwizdy i niepochlebne pokrzykiwania. Co gorsza, dzieci wygwizdywały przeciwną drużynę z równym dorosłym zaangażowaniem. Czy naprawdę tego chcemy uczyć dorastających młodych ludzi? Że przeciwnika trzeba zgnoić, że nie zasługuje na szacunek?
Zrozumiałabym jeszcze całą sytuację, gdyby trybuny były wypełnione kibicami przeciwnych drużyn w równych częściach. Sportowe emocje, wiadoma sprawa. Ale w takiej sytuacji? Czy takie zachowania naprawdę są potrzebne i na miejscu?

Być może zaraz się posypią komentarze, że Estończycy zrobili nam wielką krzywdę w tysiąc-którymś tam roku, że ich kibice pobili się dwadzieścia lat temu z naszymi albo coś jeszcze innego. Podejrzewam, że takie sytuacje mają miejsce na całym świecie – dlatego podkreślam, nie atakuję konkretnie kibiców Polski, a sam fenomen w ogólności. To, że w danej sytuacji wstyd mi było za Polaków właśnie, jest prawdopodobnie związane głównie z tym, że sama jestem Polką i nie chciałabym, aby inne narodowości postrzegały nas jako chamów i buraków. Być może jestem naiwna, ale wciąż wierzę w jakąś ideę sportowej solidarności i zdrowej rywalizacji. Przeciwnikowi trzeba okazać szacunek, a o tym kto jest lepszy rozstrzygnie technika gry, aktualna forma zawodników, hektolitry wylanego potu i odrobina szczęścia. Wygwizdywanie wydaje mi się po prostu naprzeciw tego wszystkiego mało eleganckie (szczególnie wobec takiej dysproporcji pomiędzy kibicami), tym bardziej, że z pewnością zawodnicy obu drużyn dużo swojego czasu i pracy (a w zasadzie to prawdopodobnie całe swoje życie), poświęcili na to, żeby się znaleźć w miejscu, w którym są teraz.

I wiecie, ciągle się wszystkim powtarza, że trzeba się nauczyć z godnością przegrywać.
Okazuje się, że to samo można powiedzieć także o wygrywaniu.