Matka karmiąca, czy dojna krowa?

Matka karmiąca. Obrzydliwa krowa, która ostentacyjnie obnaża swoje wymiona i łaknąc atencji rozsiada się na środku Starego Miasta wraz ze swoim nowo narodzonym dzieckiem. Często stawia przed sobą pustą puszkę po konserwie licząc na to, że zachwyceni jej walorami mężczyźni przystaną na chwilę, aby kontemplować cud macierzyństwa, a przy okazji rzucą parę groszy w zamian za udostępniony krajobraz.
Ach, co za szkoda, że się już dziecko najadło.

Nie pisałam długo, bo jak się łatwo domyślić – nic nie wyprowadziło mnie z równowagi. Ot, taka zaleta wakacji. Nie trzeba było jednak długo czekać, aby sielankę przerwał pewien artykuł, a w zasadzie rozgorzała pod nim dyskusja, która się bezpośrednio tyczyła świeżo upieczonych mam. Nie spodziewałam się, że kobieta karmiąca piersią może wzbudzać aż tyle kontrowersji. Być może to znak dzisiejszych czasów, być może chamstwo i brak poszanowania dla macierzyństwa. Zdecydujcie sami, ale ja muszę dorzucić swoje trzy grosze, bo jako przyszła – mam nadzieję – matka, nie chciałabym czuć się jak małpa w zoo, kiedy okaże się, że moje maleństwo pewnego dnia najzwyczajniej w świecie zgłodnieje, gdy akurat będę z nim poza domem.

Nigdy w życiu nie spotkałam się z kobietą, która na środku ulicy nagle zaczęłaby karmić dziecko obnażając przy tym wszystkie swoje wdzięki, zarezerwowane, jakby się mogło zdawać dla jej męża bądź też partnera. O ile w ogóle jestem świadkiem takiej sytuacji, widzę zazwyczaj kobietę, która trzymając troskliwie małe zawiniątko z noworodkiem, siedzi gdzieś na uboczu z dyskretnie opuszczoną bluzką, a odsłoniętą pierś przykrywa dodatkowo chusteczką, kawałkiem materiału, czy nawet nieużywaną dziecięcą pieluszką. Dla niej to przecież też w pewnym stopniu wstydliwa sprawa i nie chce, aby obcy ludzie oglądali jej piersi, które w kulturze europejskiej są traktowane jako jedna z najbardziej intymnych części ciała kobiety. Nigdy nie widziałam w tym niczego złego, a już tym bardziej obrzydliwego. A potem okazało się, że to straszne faux pas.

Nie zdziwiły mnie negatywne komentarze mężczyzn w tej sprawie – wiadomo, cycki są spoko, ale jeśli służą do karmienia (co, w istocie, jest ich głównym przeznaczeniem), nagle stają się synonimem czegoś obrzydliwego. Oczywiście nie twierdzę, że to zdanie wszystkich panów, ale kiedy w dyskusji pojawiły się określenia o dojnych krowach i wymionach, wywnioskowałam, że duża ich część przyjmuje taki właśnie tok rozumowania. Zszokowały mnie natomiast komentarze pań, które karmiące matki chciałyby uwięzić w domach bez możliwości wychodzenia.
Chciałaś mieć dziecko? To siedź na dupie i nie pokazuj się w mieście, bo nikt nie chce na ciebie patrzeć. Serio?

Pytanie, które zostało postawione w artykule to: czy kobieta ma prawo karmić piersią w restauracji? Wszystko rozbiło się o sytuację, w której młoda mama, przebywając ze znajomymi w knajpie, musiała, co tu dużo mówić, zaspokoić apetyt swojego nowo narodzonego dziecka. Nie wiem jak sobie wyobrażają komentujący sytuację, w której matka cierpliwie tłumaczy noworodkowi, że nakarmi go dopiero jak wrócą do domu i niestety będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Myślę, że nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak absurdalnie to brzmi.
Świeżo upieczona mama wzięła więc swoje krzesło, usunęła się w ciemny kąt lokalu i zaczęła karmić, a za moment posypały się komentarze oburzonych klientów, którzy na ten widok (cóż za spektakl!), niemalże natychmiastowo dostali zatrucia pokarmowego i zażyczyli sobie, by kobieta udała się z dzieckiem do pachnącej, komfortowej toalety i tam dokończyła czynność.

Karmienie piersią zawsze wydawało mi się czymś naturalnym. Prawdą jest, że nie ma zbyt wielu restauracji, które oferują specjalne pomieszczenia przeznaczone do przewijania czy też karmienia dziecka, które najpewniej rozwiązałyby ten problem w sposób najbardziej komfortowy dla obu stron. Kiedy jednak nie ma innej możliwości… Chętnie zobaczyłabym, co w podobnej sytuacji oburzeni komentujący zrobiliby, gdyby chodziło o ich dziecko. Czy panie chciałyby karmić swoje pociechy w brudnej i śmierdzącej toalecie? Czy panowie kochający swoje partnerki, bez mrugnięcia okiem skazaliby je na kulenie się w przyciasnej kabinie, gdyby to chodziło o ich dziecko? Czy sami chcieliby spożywać posiłek w brudnym, pełnym zarazków kiblu? Pewnie, że nie – ale to co innego, dzieciak jest mały, jeszcze nie rozumie.
A dziecko to przecież też człowiek. Mała istota, której prawidłowe funkcjonowanie i godne warunki życia w głównej mierze zależą od dorosłych.

Szkoda, że niektórzy jeszcze tego nie rozumieją.