Do biblioteki mi nie po drodze.

Książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni – w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze zajmowałam się od czasu do czasu przesyłaniem swoich literackich wypocin na różnego rodzaju konkursy, od tego właśnie cytatu rozpoczęła się moja praca lawirująca wokół tematu pożyteczności czytania książek. Pisałam też o tym, że wspaniale jest lecieć na grzbiecie smoka i że nigdy nie pomyślałabym, ile frajdy może sprawić dryfowanie na tratwie po bezbrzeżnym oceanie, a także o tym, że gdyby nie książki, nigdy nie mogłabym tego powiedzieć. Kiedy więc myślę o dziełach literackich, wspominam światy, w których miałam okazję się znaleźć i wszystkie rzeczy, które wraz z bohaterami robiliśmy albo może raczej – które ja, utożsamiając się w całości z danym bohaterem, robiłam zamiast niego sama. Znajdzie się pewnie grono osób, które podzieli moje zdanie, ale jestem niemalże pewna (bo w takich sprawach chyba nigdy pewności mieć nie można), że znajdzie się także ktoś, kto książki będzie kojarzył na pierwszym miejscu i nierozłącznie z biblioteką. Dlatego dzisiaj będzie o tym, dlaczego ja właściwie za bibliotekami nie przepadam.

Problem zaczyna się tak naprawdę już po przekroczeniu progu tegoż literackiego przybytku. Jest przerażająco cicho, a plakaty ze ścian dają ci do zrozumienia, że jeśli wyciągniesz telefon komórkowy, chociażby po to, żeby sobie przypomnieć imię i nazwisko autora, które zupełnie wypadły ci z głowy (a tak się zwykle dzieje, kiedy czegoś potrzebujesz), napotkasz wnet na pełne dezaprobaty spojrzenie pani bibliotekarki i ze skruchą podejdziesz do odpowiedniego stanowiska, aby ktoś ci dopomógł w poszukiwaniach. Sala pamięta jeszcze czasy PRL-u i nie przypomina w niczym zdjęć bibliotek, które przeglądasz czasem w internecie, a potem dodajesz na Facebook’a, opatrzone komentarzem, że mógłbyś tam zamieszkać. Zastanawiasz się, czy nie prosisz o pomoc zbyt głośno, bo kiedy padają pierwsze słowa, pani Grażynka czytająca poranną prasę w północnej części pomieszczenia podnosi głowę, a jej okulary zsuwają się po grzbiecie haczykowatego nosa i w głębi duszy czujesz, że to jakiś rodzaj niewerbalnego ostrzeżenia.

Potem okazuje się, że Bonda została wypożyczona w całości, a Żulczyka coś powinno być, tylko w zasadzie nie wiadomo gdzie (finalnie, jednak nie ma). Wtedy też zazwyczaj serdecznie dziękujesz za pomoc i proponujesz, że sam sobie czegoś  poszukasz w takim razie. I zaczyna się.
Nie jestem stanie ocenić poziomu zaopatrzenia bibliotek w całym państwie, ale moja świeci pustkami. Oczywiście, dostęp do klasyków, czy lektur szkolnych jest wręcz nieograniczony, ale na książki autorów, którzy urodzili się po 1944 roku trzeba polować jak na dziką zwierzynę. Nie chciałabym w tym momencie umniejszać roli Mickiewicza, Słowackiego czy Prusa. Lubię tych panów i zdążyli wzbudzić mój szacunek już na poziomie gimnazjum i liceum, ale teraz, gdy wypływam na szerokie wody dorosłości i otwiera się przede mną możliwość indywidualnej eksploatacji świata literatury, chciałabym odkryć coś, na co wcześniej zabrakło czasu w szkole.
W bibliotece, średnio mi to wychodzi.

Pomijam stan w jakim znajdują się książki, bo to wynika jedynie z ludzkiego chamstwa. No chyba, że ktoś wychodzi z założenia, iż identyfikowanie elementów składowych jadłospisu poprzedniego użytkownika na co drugiej stronie jest przednią rozrywką.

Najgorszy jednak z tego wszystkiego jest czas. Owszem, niektóre książki można przeczytać za jednym razem, bo są jak rwąca rzeka – zanurzasz się i nie ma wyjścia. Tylko że to nie jest reguła i też wcale nieprawda, że jeśli się książki nie czyta ciurkiem, to jest to książka zła. Są bowiem takie, z którymi po kilku rozdziałach trzeba się po prostu przespać, o których trzeba myśleć, zanim się znów po nie sięgnie. Takie, co nie można ich wchłonąć na raz, muszą w tobie dojrzeć i wyrosnąć, bo dopiero wtedy wiesz, że je naprawdę przeczytałeś i każde słowo dotarło do ciebie w odpowiedni sposób.

No ale masz dwa tygodnie i cały ten czar pryska. Nie potrafię zliczyć, ile książek musiałam oddać przeczytanych jedynie do połowy, bo mijał już trzy lub cztery razy przedłużany termin i było mi po prostu głupio dłużej je przetrzymywać. Oczywiście, bez tych regulacji biblioteka nie mogłaby funkcjonować, bo znalazłoby się z pewnością wiele osób (tutaj już niestety mogę być pewna), które książki by sobie po prostu postanowiły przywłaszczyć, ale mnie te terminy zwyczajnie przytłaczają i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czytam trochę na czas, nie zatrzymując się nad tym, nad czym powinnam się zatrzymać. I wiele przez to tracę – tak mi się przynajmniej wydaje.

Poza tym wszystkim, nie oszukujmy się. Są dziewczyny, które oddałyby wszystko za wymarzone buty, a ja uwielbiam kupować książki.
Zaciągając się zapachem świeżego jeszcze druku uwielbiam świadomość, że to moje, że to mój nowy, własny świat. To jedno z tych uczuć, którego nie chce wymieniać na nic innego i dlatego właśnie biblioteki odwiedzam tylko wtedy, kiedy nie mam pieniędzy. Czyli na przykład dzisiaj.

K U R T Y N A

  • Agaa

    Świetny post ! Pierwszy raz spotykam się z taką opinią, ale całkowicie podzielam Twoje zdanie !

  • Termin na wypożyczenie książek dwa tygodnie? Matko, u mnie jest termin miesięczny z możliwością przedłużenia terminu maksymalnie trzy razy. Zaopatrzenie bibliotek… Najbliżej mam do głównej biblioteki i jeśli dorwałam tam „Witajcie w Rosji” to nie jest źle. Nie przepadam za najnowszymi książkami, jednak jeśli chcę coś nowego i młodzieżowego to jadę do innych filii. Korzystanie z telefonu? Jak szukałam książki to miałam problem z tytułem to pokazałam bibliotekarce zrzut ekranu z tytułem pozycji i nic się nie stało wielkiego.

    • dlatego precyzowałam: „moja biblioteka” 😀 Ciężko mi pisać o innych placówkach, bo szczerzę wierzę, że tam jest lepiej 😉
      Wiesz, jeśli ktoś ma czas, żeby jeździć i szukać tego, co chciałby przeczytać, to hulaj dusza 😉 Ja średnio mam plus, tak jak mówię – uwielbiam kupować książki, a kiedy robi się ich za dużo to staram się je oddawać 😉

      • U mnie jest o tyle dobrze, że jest katalog on-line i można sprawdzić gdzie co jest i czy jest (ewentualnie do kiedy tego nie ma).
        Również lubię kupować książki, jednak wolę najpierw przeczytać w bibliotece pozycję danego pisarza zanim kupię inne jego książki (w ten sposób poznałam np. Agathę Christie, Aleksandrę Marininę czy też odkrywam teraz Leenę Lehtolainen)

        • No mnie ostatnim razem pani poprosiła o maila, tłumacząc, że zamierzają wprowadzić ponaglenia wysyłane na maila, żeby zaoszczędzić na znaczkach… Także powoli cywilizacja dociera 🙂
          Ja najbardziej lubię kryminały i powieści psychologiczne, z Agathą Christie zapoznała mnie akurat mama, a resztę poznaje poprzez opinie znajomych i różne strony z recenzjami. Czasem można się na tym przejechać, ale zazwyczaj wiem na czyjej opinii mogę się spokojnie oprzeć i książkę zakupić 😉

  • Ja to w bibliotece bywam wyłącznie jak ktoś znajomy się wybiera, a akurat wracamy razem po zajęciach. Nie wypożyczyłem żadnej książki od podstawówki chyba i dobrze mi z tym. Zdecydowanie wolę kupić książkę (choć kupienie jednej książki to jak nie kupić nic, więc zazwyczaj biorę po kilka w jednym wejściu do sklepu/zamówieniu) niż wypożyczyć, bo mogę po nią sięgnąć kiedy będę chciał i miał czas. Takim sposobem na półkach stoi mi ponad 30 pozycji w kolejce…
    Co do goniących terminów to podobnie jest z lekturami. Narzucajo nam, że mamy przeczytać dokładnie na ten dzień daną książkę i się do tego zmuszamy. Dlatego też nie przeczytałem żadnej lektury od podstawówki w całości. No oprócz Mistrza i Małgorzaty, ale to było na studiach i w dodatku to sobie mówiłem już dawno temu, że KUPIĘ i przeczytam, ale przez to, że jednak był w tym czytaniu jakiś przymus (bo na zajęciach z literatury powszechnej będziemy przerabiać!) to się jakoś średnio skupić mogłem i za jakiś czas pewnie będzie powtórka, ale już bez żadnych przymusów.

    • Lel, nie pomyślałam o tym pod kątem szkoły. No ja lektury czytałam, ale jak piszesz – nie wszystkie do końca. Całe szczęście posiadłam zdolności wnioskowania zamysłów autora na podstawie epoki literackiej i streszczenia, które mi obrazowało jak to, co zaczęłam czytać rzeczywiście się kończy. W końcu najwięcej się udzialałam na lekcjach, czasem nie znając do końca tekstu – no ale to trzeba mieć szósty zmysł, który odziedziczyłam w spadku… po kimś tam. Poza tym miałam też świetną nauczycielkę (swoją drogą będzie niebawem tekst na jej temat).
      Ja mimo wszystko wypożyczam, bo czasami nie mam pieniędzy, żeby kupić książkę, a czasami decyduję się rozważyć wszelkie uwagi mojej mamy, która ubolewa nad tym, że mamy za dużo książek i nie ma na nie miejsca – wtedy też idę do biblioteki. W przyszłym roku się wyprowadzam i już zapowiedziałam, że pierwszy nowy mebel to będzie oddzielna półka na książki 😀

      • Mi tam książki z biblioteki śmierdzą i nie potrafię ich czytać 😀

        • No to chyba jeszcze zależy które 😀 Ja zwykle, jeśli jest taka możliwość, bo jest np kilka wersji, staram się wybierać tą najmniej rozklekotaną 😉 W przypadku nowszych pozycji nie ma tragedii, część jest w naprawdę dobrym stanie 😀
          Tak naprawdę głównie wnerwia mnie czas, bo czytam właśnie ‚Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet’ Larssona i to dość opasła książka, chociaż muszę się przyznać, że pomimo ciężkich początków, teraz wchodzi mi jak nóż w masło i ani się obejrzałam, dwieście stron już za mną 😀 Także może niepotrzebnie się przejmowałam 😛

          • U mnie ta pozycja przeleżała przez miesiąc na biurku i nawet jej nie tknąłem, ale pożyczałem od znajomej także bez spiny. Mimo wszystko po miesiącu oddałem, bo nie byłem jeszcze widocznie gotowy na to żeby ją przeczytać, a teraz to średnio mam ochotę 😀

  • Też niezbyt przepadam za bibliotekami. Ostatnio oglądając PnŚ mówili właśnie o pewnej bibliotece (nie pamiętam już, gdzie ona się znajduje), która swoim wyglądem diametralnie różniła się od tych mi znanych. Pozazdrościłam tylko i pozostaje mi marzyć, że kiedyś będzie więcej takich bibliotek.

    Ogromnie denerwuje mnie to, że jest tak mały wybór książek, oprócz właśnie tych lektur i klasyków, bo na ich brak nie można narzekać. Wydaje mi się, że gdy byłby większy zasób książek po 1944 roku to zapewne w bibliotekach można byłoby znaleźć o wiele więcej młodzieży, którzy nie przyszli tam jedynie po lekturę.

    Co do terminu wypożyczenia. Dwa tygodnie? Serio? U mnie, z tego co pamiętam jest to czas miesiąca z możliwością wydłużenia, ale dokładnie nie wiem ile razy, bo nie bywam tam zbyt często.

    Pozdrawiam serdecznie! 🙂

    • Przed ’44 też można znaleźć mnóstwo ciekawych rzeczy, o których w szkole nie ma mowy 😉 Nie zmienia to jednak faktu, że mam wrażenie, iż nie docenia się współczesnych pisarzy, wśród których można znaleźć perełki 😉