Wyleczona z feminizmu.

Pisałam jakiś czas temu o feminazistkach, które skutecznie zniechęcają panów do okazywania nam na co dzień szacunku, zmuszając ich do traktowania nas w kategoriach stworzeń niewdzięcznych i kapryśnych, co tym bukietem kwiatów, zamiast za niego podziękować, zdzielają po głowie. Odbija się to na kobietach, które żyją w zgodzie ze zdrowym systemem wartości i jak już wspominałam tutaj, ja te wszystkie panie feminazistki odsyłam, gdzie pieprz rośnie, żeby sobie poszukały innego zajęcia. Z drugiej strony, zaznaczałam także, że feminizm, jeśli nie wypaczony, jak najbardziej popieram, a nawet się z nim identyfikuję.

Przypadkiem trafiłam na artykuł, udostępniony na tablicy znajomego, traktujący o kobiecie, co się cudownie wyleczyła z feminizmu. Zawsze staram się z dystansem podchodzić do tego typu nagłówków zanim się z treścią publikacji nie zapoznam, bo tytuły bywają zwodnicze i przecież nie można się denerwować, jeśli się jeszcze nie do końca wie, czy są powody. Tym razem jednak coś mi mówiło, że skaczące ciśnienie jest przejawem tego okropnego instynktu, który podpowiada, że to się nie skończy dobrze. Nie pomyliłam się.

O tyle o ile feminazim jest dla mnie prześmieszny, a wręcz patologiczny, w feminizmie nie widzę niczego zabawnego. Wątpię, by jakakolwiek feministka świadoma spraw, o które walczy, zastanawiała się na co dzień nad tym, czy noszenie butów na obcasach to symbol uciśnienia albo czy otrzymanie bukietu kwiatów w dzień kobiet jest upokarzające, bo to sprawy, co do zasady, oczywiste. Wystarczy sięgnąć aż do słownika języka polskiego PWN (dla niektórych naprawdę ciężka sprawa, zapoznać się z merytoryką zagadnienia, a dopiero potem głosić swoje teorie), żeby się dowiedzieć, iż feminizm to „ruch na rzecz prawnego i społecznego równouprawnienia kobiet; też: ideologia leżąca u podstaw tego ruchu„, więc co z powyższego wynika, nie chodzi wcale o to, żeby biednych mężczyzn upodlić i do ziemi przydeptać, a o to, żeby przestrzegano pewnych zasad, które zostały zawarte, na przykład – w naszej polskiej Konstytucji, która wprost mówi o tym, że ja i mój kolega Tomek, Karol albo Kuba mamy dokładnie takie same prawa. Możemy chodzić do jednej szkoły, pełnić te same funkcje i za taką samą pracę otrzymywać to samo wynagrodzenie, a jak się mocno postaramy to zarówno mi jak i jemu będzie się należało stosowne odznaczenie – takie samo. Czy to nie ładne? I feministki właśnie o to walczą, żeby te prawa były respektowane – nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, bo jest wiele takich miejsc, gdzie ludzka mentalność wciąż funkcjonuje sobie jeszcze na poziomie pantofelka, a kobiety pełnią rolę przedmiotu, z którym facet, a w skrajnych przypadkach nawet całe społeczeństwo, może sobie robić co chce.

No ale co mnie tak wkurwiło, zastanawiasz się pewnie i mnożysz w głowie pytania. Otóż, coby nie trzymać cię w niepewności – odpowiem. Ten oto głupi artykuł, a mówiąc o nim, że jest głupi, muszę przyznać, sama się sobie dziwię, jestem naprawdę bardzo miła. Pomijając kwestie stylistyczne, które pozostawiają naprawdę wiele do życzenia, szczególnie, że autorka postanowiła się pochwalić, iż miała okazję być studentką dziennikarstwa, co w minimalnym stopniu obliguje ją do reprezentowania warsztatu pisarskiego w choćby w ograniczonym zakresie (ja wciąż jeszcze wierzę, że są gdzieś prawdziwi dziennikarze), artykuł prezentuje tak mierny poziom merytoryczny, że gdybym go miała do czegoś przyrównać, Rów Mariański mógłby się jeszcze trochę zapaść, coby mi ułatwiło znacznie to zadanie. Uwaga, cytuję, przy czym zaznaczam, iż nie odpowiadam za poniesione straty na gruncie emocjonalnym:

 

To jednak spora prawda w tym, że feministki walczące o równouprawnienie kobiet, KOBIET, podkreślam, upodabniają się do mężczyzn. Ubraniem, fryzurą, zachowaniem. Ja sama nosiłam krótkie włosy, przygolone na karku, ubierałam się na czarno, w czarne skórzane kurtki, dżinsy, glany. Wszystko w temacie buntu, agresji i nastawienia na atak. Przypinka ze znaczkiem anarchii. Czaszki. Mroczno. Moje zachowanie też pozostawiało wiele do życzenia. Wśród steku bluzgów rzadko można było znaleźć jedno sensowne zdanie. Nastawiona byłam negatywnie i krytycznie do wszystkiego i do wszystkich, a najbardziej do samej siebie. Na zewnątrz może to wyglądać fajnie – dumna dziewczyna, cięte riposty, świetne samopoczucie. Tylko potem przychodzi ten moment, kiedy zmywa się makijaż i wraca do domu nad ranem z imprezy. I ma się to poczucie, że jest się nikim, absolutnie nikim. I nic wtedy nie cieszy, ma się ochotę zwinąć się w kłębek i wyć. Tak to jest z tymi feministkami.

 

 

Potem jest cała opowieść o tym, jak Jezus pokazał bohaterce artykułu, jak być prawdziwą kobietą, że feministkom to ona nie zamierza grozić piekłem z różańcem w ręku, ale pomodli się za nie, za te poczwarne istoty z włosami przygolonymi na karku, w skórzanych kurtkach i wytatuowanymi na czole znakami anarchii, żeby już w końcu przestały o te prawa kobiet walczyć, bo i po co?

Merytorycznie można by tu było podważyć każde zdanie, bo u kobiet opisywanych przez rzeczoną byłą feministkę nie dostrzegam ani jednej cechy na podstawie której mogłabym zidentyfikować u nich jakiekolwiek przejawy propagowania idei związanych z walką o równouprawnienie. Powiedziałabym, że to raczej opis zbieraniny dziwacznie poubieranych i pragnących zwrócić na siebie uwagę młodych dziewcząt, rozgoryczonych z tego prozaicznego powodu, że ich do tej pory nikt nie zechciał. O tak, to one – ale na pewno nie feministki.
I co jej przyszło do głowy, żeby mieszać do tego Jezusa?

Nie wiem czy kojarzycie taką akcję, w której organizacji maczał palce magazyn Elle (#ellefeminism), kiedy to aktorzy znani i poważani mniej lub bardziej, robili sobie zdjęcia w koszulce z napisem „this is what a feminist looks like” (jest druga w nocy, ale kiedy jutro zajmę się publikacją tego wpisu, wstawię Wam na samym dole zdjęcie Toma Hiddleston’a w tej koszulce, bo potajemnie się w nim kocham). Z tego co zdążyłam przeczytać w internecie, wszystko zaczęło się od Emmy Watson, która zdecydowała się pokazać światu, że stereotyp o feministce brzydkiej, takiej co jej nikt nie chciał i teraz ma o to pretensje do całego świata jest istotnie tylko stereotypem, i moim skromnym zdaniem, jeśli się komuś miało udać przekonać do tego pokaźną część globu, to właśnie jej. Potem zaczęły pojawiać się w sieci zdjęcia wielu znanych i poważanych aktorów w wyżej wymienionej części garderoby, co jest tym samym niezbitym dowodem na to, że feminizm wcale nie stoi w sprzeczności z jestestwem mężczyzn i jest wielu takich, którzy otwarcie tę ideologię popierają.

Nie ma w tym niczego złego, bo jak już pisałam w poprzednim wpisie oscylującym wokół tego tematu, należy odróżnić równouprawnienie od faktu, że mężczyzna i kobieta różnią się psychicznie i fizycznie, i nie powinno to być powodem do konfliktu, a punktem zapalnym do wzajemnego wspierania się i uzupełniania. W świetle prawa jesteśmy równi, posiadamy owszem w zależności od sytuacji pewne przywileje, które wynikają z biologicznych uwarunkowań i pojawiają się w sytuacjach wyjątkowych – mam tutaj na myśli na przykład wszystkie ulgi i udogodnienia przysługujące kobietom w ciąży (warto w tym momencie podkreślić, że nie wszystkie przyszłe mamy z nich korzystają w zależności od tego, jak przebiega rozwój dziecka; niektóre spokojnie na przykład dają radę chodzić do pracy aż do rozwiązania), no ale na ten temat chyba nie trzeba dyskutować, a każdy kto ma na to ochotę, niechże nasyci pragnienie w komentarzach na dole albo porozmawia z własną matką.

Wracając do Jezusa, jeśli już autorka tego nieszczęsnego artykułu postanowiła dotknąć spraw wiary, ośmielę się stwierdzić, że to właśnie on pierwszy na świecie poparł feminizm, zanim ktokolwiek o nim pomyślał, bo kobiety traktował z szacunkiem i rozmawiał z nimi – nawet tymi, które były napiętnowane przez społeczeństwo – jak równy z równym, i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że w tamtych czasach równouprawnienie może się już komuś się przyśniło, ale niewątpliwie w sferze marzeń sennych pozostało na następne stulecia.

Po przeczytaniu artykułu, musiałam się oczywiście wplątać w głupią dyskusję (dlaczego nigdy nie mogę po prostu odpuścić?), z której nic nie wynikło, więc nie będę przytaczać argumentów przeciwnej strony, ograniczających się do tego, że feministki chcą zrobić z facetów swoich służących oraz, że prawo to wymysł do niczego niepotrzebny i stworzony tylko po to, by jedni mogli rządzić drugimi, z czego wnioskuję, że w anarchii o wiele lepiej byśmy sobie poradzili. Pozostaje tylko pogratulować. To wszystko niestety utwierdziło mnie w przekonaniu, że feminazim odcisnął nieodwracalne piętno na wizerunku pięknej w swoich założeniach ideologii feministycznej i ubolewam tym bardziej, że młodzi ludzie stojący u progów uczelni wyższej, nie są w stanie tych pojęć od siebie odróżnić.
Ale to już nie moja rzecz, bo ludzie ograniczeni w pierwszej kolejności muszą sami sobie pomóc.

Nie popadajmy w skrajności. Feminazim to wypaczenie, ale nie zapominajmy, że walka o prawa kobiet w wielu jeszcze miejscach na świecie (w tym także w Polsce) wymaga wysiłku i wspólnej pracy zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

 

https://i2.wp.com/assets.elleuk.com/gallery/23464/tom-hiddleston-elle-feminism-t-shirt__large.jpg?resize=484%2C791

  • Mądra Blondynka

    Dobrze, że poruszyłaś ten temat, który wcale nie jest łatwy, a tekst jest naprawdę dobry!

  • Antypatycznie Antypatycznie

    Wiesz co ja jestem feministką całkowicie ale taką, która walczy zarówno o prawa kobiet jak i mężczyzn, szczególnie jako ojców. Feminazistek nie popieram i nie lubię. Feminizm jednak jest nam potrzebny, bo gdyby nie on to ta dziennikarka o ile możemy ją tak nazwać, nie mogłaby pisać i pewnie nie miałaby tego bloga 🙂

    • Tutaj chciałam się skupić głównie na kobietach w oparciu o artykuł tej pseudo-dziennikarki 😉 Mężyczyźni też w wielu obszarach są dyskryminowani – np. właśnie jako ojcowie, często też jako nauczyciele, szczególnie młodszych klas w szkołach 🙂
      No pewnie, że by nie mogła, ale nie zdaje sobie z tego sprawy, bo biorąc pod uwagę to co tam napisała, to ona w ogóle nie wie co to jest feminizm 😉

  • Już się wypowiadałam wcześniej na temat feminizmu, gdy opublikowałaś poprzedni post, ale chyba kolejną wspólną cechę znalazłam (proszę nie mylić mnie ze stalkerem) ale zawsze mam przekonanie, że muszę zabrać głos bo sytuacja tego ode mnie wymaga. Bardzo się ciesze, że gwiazdy takie Emma Watson otwarcie używają słowa feminizm i podkreślają, że nie jest to sformułowanie, które jasno i negatywnie określa daną osobę. Co ciekawe, jak prowadzę zajęcia dla licealistów bardzo często podczas quizu z wiedzy ogólnej pada pytanie, o co walczyły sufrażystki, wtedy odpowiedzi są zazwyczaj „o równe prawa” czy też ogólnie „o prawa” i tak najczęściej słyszę pomruki pod nosem, że to chore baby… Niekiedy patrząc z boku na niektóre kobiety i zastanawiam się po co feministki walczą skoro grupka płci żeńskiej może przekreślić wszystko to o co tak zabiegamy. Wracając do wątku głównego i rzeczonego artykułu Jezus jako pierwszy feminista zrobił mi dzisiaj dzień i zgadzam się w 100% niestety nawet kościół ciągle pomija ważną rolę kobiety nie mówię tu o świętych czy innych ważnych postaciach (chociaż ewangelia wg Marii i Marii-Magdaleny nadal nie jest zaakceptowana) ale warto zauważyć chociaż jaki status mają siostry zakonne, czy ministrantki (które spotyka się sporadycznie). Mam nadzieję, że z czasem to się zmieni 🙂

    • No niestety bardzo często także dziewczyny na to pozwalają, bo chcą się przypodobać facetom. Ciągle jest dla mnie zadziwiające, że potrafimy pozwalać na poniżanie się tylko po to, żeby pójść z kimś do łóżka…
      Papież ostatnio powołał jakąś komisję,która ma zbadać możliwość przyznania kobietom posługi w Kościele w charakterze diakonis 😀 Chociaż ciężko powiedzieć, czy to prawda, bo różne rzeczy w sumie czytałam na ten temat w internetach 😛