Tylko idioci nie zdają matury z matematyki.

Człowiek inteligentny i wykształcony powinien posiadać rozległą wiedzę w różnych dziedzinach nauki. To wstyd nie wiedzieć jaka jest stolica Kanady, nie odróżniać miasta od państwa, czy też nie posiadać umiejętności wykonania najprostszych obliczeń bez pomocy kalkulatora. O tyle, o ile wiedza w zakresie geografii, biologii i chemii ze względu na specyfikę życia danej jednostki może okazać się mniej znacząca (co nie znaczy wcale, że nie jest aprobowana przez otoczenie), to matematyka, jako królowa nauk, oprócz tego, że uczy logicznego myślenia, niezauważona przenika do każdego pierwiastka naszego jestestwa na co dzień. Ciężko zrozumieć oburzenie związane z wprowadzeniem obowiązkowej matury z matematyki – liceum, z tego co się orientuję, nie jest wcale obowiązkowe i można poprzestać na wykształceniu podstawowym, jeśli się ktoś nie chce uczyć, a wykazanie się elementarną wiedzą z jakiegoś przedmiotu po dwunastu latach edukacji, nie powinno być żadnym problemem, jeśli ktoś nie jest amebą umysłową.

A gówno tam.

Jak sobie pomyślę, ile zmarnowałam czasu na uczenie się wzorów skróconego mnożenia, nieudane próby obliczenia rachunku prawdopodobieństwa i te skurwione zadania o pociągach, które wyjeżdżają z punktu A do punktu B o innych godzinach i w innych miejscach, robi mi się niedobrze. Odkąd opuściłam salę, w której napisałam swoją pierwszą i ostatnią w życiu maturę z matematyki, żadna z rzeczy, których się uczyłam od początku gimnazjum aż do końca liceum, nigdy nie przydała mi się w codziennym życiu.

Jak sprawdzić, czy pieniądze z wypłaty się zgadzają (to jest zresztą umiejętność wrodzona, o której istnieniu zdajecie sobie sprawę wraz z otrzymaniem pierwszej pensji) i ile będę musiała zapłacić za buty objęte promocją minus trzydzieści procent, nauczyłam się już w podstawówce i od tamtej pory, batalia z matematyką to sprawa, która przez cały proces mojej edukacji niepotrzebnie zupełnie spędzała mi sen z powiek i blokowała możliwość rozwijania się w innych dziedzinach. Bo jak inaczej można nazwać sytuację, w której zamiast czytać książki, które od małego uwielbiałam, pisać opowiadania i wypracowania albo przygotowywać się do olimpiady z języka polskiego, musiałam spędzać na ślęczeniu nad zadaniami, których nie dość, że nie rozumiałam, to jeszcze niczego mnie o życiu nie nauczyły (pomijając fakt, że w szkole w ogóle niczego się o życiu nauczyć nie można, chyba, że na polskim, jeśli się ma dobrego nauczyciela – a ja zawsze miałam).

Całe mnóstwo czasu, który mogłam poświęcić na rozwijanie umiejętności i pogłębianie wiedzy, która choćby w minimalnym stopniu pomogła mi na studiach albo mieściła się w zakresie moich zainteresowań, musiałam poświęcić na przyswajanie obliczania funkcji liniowej i kucie na pamięć wzorów skróconego mnożenia, w myśl zasady – co z tego, że będziesz je miała podane na maturze jak na tacy, kiedy można nimi zapchać jakąś do niczego ci niepotrzebną przestrzeń w mózgu?

Jeśli ktoś kocha i rozumie matematykę – szanuję. To naprawdę ciężki przedmiot, ale wciąż na tyle specyficzny, że nie uważam, aby jego obowiązkowe zaliczanie na maturze było dobrym pomysłem. Kiedy ktoś jest z matematyki amebą umysłową na moim poziomie, zrozumienie pewnych procesów jest naprawdę czasochłonne i wiesz, że musisz ten czas poświęcić, bo jeśli nie zdasz tej pieprzonej matematyki, położysz całą maturę, nawet jeśli inne twoje wyniki będą świetne.  Jaki w tym sens, kiedy to czego się uczysz do niczego ci się nigdy nie przyda? Ten sam czas można poświęcić na inne interesujące cię rzeczy, na przykład na przygotowania do egzaminów z przedmiotów, które naprawdę mają dla ciebie jakieś znaczenie i twoja przyszłość jest od nich uzależniona.

Obowiązkowa matematyka, pojawiła się trochę jakby w ramach zadośćuczynienia. Każemy umysłom ścisłym pisać maturę z polskiego, niechże i humaniści mają za swoje (gdyby ktoś chciał mnie łapać za słówka, użyłam tego określenia w znaczeniu potocznym)! A ja zadaję pytanie – w którym kraju nie zdaje się egzaminu ze swojego ojczystego języka? Czy to nie po polsku na co dzień się porozumiewasz? Czy to nie dzięki temu, że czytasz książki poszerzasz swój zasób słownictwa? Czy to nie na polskim dowiadujesz się, jak pisać i się wysławiać, żeby nie zrobić z siebie debila? Czy profesor jakiegokolwiek przedmiotu ścisłego na poważanym uniwersytecie może sobie podczas konferencji, wykładu, czy publicznego wystąpienia pozwolić na kardynalne błędy językowe? Będziesz wyrywać dziewczynę na wiersze Słowackiego, czy nauczysz się na pamięć liczby pi? Rozległa wiedza jest niczym, jeśli nie potrafisz jej ubrać w słowa – można tutaj oczywiście polemizować o tym, jak powinien egzamin z języka polskiego wyglądać, a jak faktycznie wygląda. O tym, że interpretacja utworu literackiego wcale nie polega wyłącznie na gdybaniu co autor miał na myśli, nie będę się rozpisywać, bo jeśli tak uważasz, miałeś strasznie słabego nauczyciela języka polskiego.
Nie ma absolutnie nic dziwnego w tym, że po ukończeniu szkoły średniej warto sprawdzić, czy uczeń chociaż w cząstkowym stopniu jest się w stanie wypowiedzieć na dany temat i czy ma minimalne pojęcie o literaturze, bo jeśli tak nie jest – to jest dopiero prawdziwy wstyd, o wiele większy niż wtedy, kiedy ktoś nie pamięta wzoru skróconego mnożenia, którego po maturze nie użyje już nigdy więcej w życiu. Słowa nigdy nie wyjdą z użycia (taką mam przynajmniej nadzieję).

A to, że na pięć moich nauczycielek matematyki, tylko cztery włanczały, zamiast włączać, pozostawię tu w ramach zakończenia bez komentarza.

  • Hehehehehehehe. Przypomniałem sobie właśnie jak zawsze śmiałem się z przejęzyczeń mojej nauczycielki od matematyki w gimbazie. Piękne czasy.

    Ja z matematyką na maturze i w sumie przez całe życie większych problemów nie miałem, bo jednak w liceum mat-infy, w gimbazie czy podstawówce też całkiem niezły byłem w cyferki to i ten egzamin kończący szkołę średnią poszedł bezproblemowo. Matematyka w życiu przydać mi się miała, bo jednak rok studiów technicznych był grany, ale nawet przez ten rok wiele tej matematyki nie użyłem, choć egzamin na uczelni z niej zdałem (na 3.0, za czwartym, albo piątym podejściem, ale zdałem!) :3

    Ja tam, nie tylko ze względu na to, że studiuję filologię polską, podzielam Twoje zdanie o obowiązkowej maturze z języka ojczystego. Podobnie powinno być z obcym, bo skoro chcemy być tym wielkim i światłym Narodem to uczmy się języków obcych, a może za kilkadziesiąt lat Angole będą zdawać egzaminy z polskiego 😛 Do tego, jak dla mnie, powinien dochodzić na maturze jeszcze minimum jeden egzamin obowiązkowy, ale to już każdy niech go wybiera we własnym zakresie, tak by było przyjemniej.

    • No dla mnie matma to jakaś dziewicza przestrzeń kosmiczna 😛 Teraz już w ogóle nie mam do czynienia, więc mogę sobie tylko pozwolić na wspominki o tym, jak przyjemnie przymykały się na matmie powieki i jak pięknie brzmiał dzwonek oznajmiający koniec lekcji 😀
      No język obcy się przydaje, ale powinien być też potem konsekwentnie na studiach. Mi dopiero na trzecim roku doszedł lektorat z angielskiego i będę go miała już do piątego roku, ale przez pierwsze dwa lata studiów połowy angielskiego zdążyłam zapomnieć, ot co 😀

      • Ja sobie nie mogłem pozwolić na spanie na matematyce w liceum, bo miałem bardzo władczą i konsekwentną (kolokwialnie – straszna z niej kurwa) nauczycielkę 😀

        Z obcym na studiach to jest tak trochę bez sensu… Ja niby zacząłem angielski w drugim semestrze i miałem go do piątego, ale przez pierwszy zdążyłem sporo zapomnieć (a wybrałem sobie średnio-zaawansowany wyższy [nie wiem jaki to jest na te literko-cyferkowe oznaczenia, bo u mnie one nie obowiązywały], czyli taki prawie najwyższy z możliwych) i podobnie jest teraz – angielski skończyłem jakieś 3 miesiące temu, a żeby się dogadać z Chińczykiem na aliexpress to używam translatora gugla…

        • Z Chińczykami nie ma się co dziwić, bo wiesz, oni ogólnie są słabi w angielski i też korzystają z translatora 😛 A nawet tak ciężko się z nimi porozumieć, miałam okazję kiedyś się bujać miesiąc po Chinach i naprawdę nie polecam dogadywania się z Chińczykami 😀
          Ja mam angielski specjalistyczny, więc głównie opiera się na uczeniu jakichś dziwnych słówek, których pewnie nigdy nie użyję 😀 Ale generalnie wydaje mi się, że na studiach angielski jest trochę po macoszemu traktowany, ba – w ogóle w szkole! Najwięcej się chyba można nauczyć oglądając filmy po angielsku z angielskimi napisami, tak żeby być na bieżąco i żeby to nie była katorga – nieznanych słów można się domyślić z kontekstu 😀
          No ja w gimbazie ogólnie przesypiałam te lekcje, bo jak się siadło w ostatniej ławce i nie robiło większego szumu wokół siebie, mogłeś udawać przez cały rok, że nie istniejesz 😀 W liceum już było trochę gorzej, np na samo wejście chyba na pierwszej lekcji mieliśmy przeprowadzony test z „wiedzy z gimnazjum”, Agniesia już na pierwszej lekcji niedostateczny, a potem było budowanie płotka i poprawianie i tak W KOŁO MACIEJU, geez, jak to sobie przypomnę, to już chyba wolę się uczyć do tej zerówki, co mam w czwartek, ale oczywiście siedzę przed kompem i czytam blogi XD

          • U mnie zasypianie na matematyce uniemożliwiały też kartkówki (na początku napisałem „kolosy”, a zaraz sobie uświadomiłem, że to przecież w liceum było :o), które miałem praktycznie na co drugiej lekcji :3

            Co do Chińczyków i translatora – zauważyłem 😀 Jak ja go używam to jednak staram się poprawić tak żeby było jednak zrozumiale – oni nie (bo pewnie nie umiooooo)…

  • Pisałam to wczoraj i sprawdzałam tylko zamknięte i już z tymi wynikami zdałam, więc uff. No ale rozumiem, bo też jestem matematyczną amebą i byłam w szoku, że jakoś całkiem dobrze mi poszło. Dla mnie angielski był jakiś taki trudny w tym roku, rozszerzenie to już w ogóle kosmos. W ogóle narzucanie obowiązkowych przedmiotów na maturze jest bez sensu. Każdy powinien sam dokonać wyboru i uczyć się z tego co mu się przyda i w czym chce się doskonalić. Te matury jak i program nauczania zostawiają wiele do życzenia. Liceum sie przedstawia jako miejsce, w którym można się uczyć i rozwijać pasje jednocześnie (przynajmniej u mnie tak się mówi). Śmieszne… ćwicz rysunek, pisz bloga i jeszcze do tego ucz się matmy, której nie lubisz. Ja przez te zbędne wiadomości, które musiałam przyswajać z różnych przedmiotów zaniedbałam j. polski i praktycznie nie czytałam książek poza NIEKTÓRYMI lekturami. Dopiero w maturalnej klasie zaczęłam więcej czytać, aż przykro. No ale tak… kutangensy były ważniejsze.

    • Tak? Nie oglądałam waszych arkuszy w ogóle, trzeba to zmienić 😀 Ja angielski chyba najlepiej napisałam ze wszystkich matur, ale pamiętam, że my nie mieliśmy jakiegoś super trudnego. Najgorsze, że podstawę i rozszerzenie trzeba pisać jednego dnia.
      Co do braku obowiązkowych – zgadzam się, poza polskim w jakiejś zmienionej formie, bo jeśli ktoś kończy szkołę średnią to naprawdę nie powinien być problem napisać parę zdań swojej opinii na jakiś temat – chociażby po to, żeby udowodnić, że się nie jest pantofelkiem.
      Wiesz, często się podnosi argument, że w Polsce uczniowie przyswajają dużą wiedzą i że jesteśmy tacy mądrzy i wow, i ta biedna pani od chemii w humanie tłumaczy, że będziemy racy obeznani, że człowiek wykształcony musi różne rzeczy wiedzieć, ale efekt jest taki, że uczymy się wszystkiego po trochu i nie ma wcale czasu na to, żeby skupić się na tym, co wychodzi nam najlepiej. Takie jest moje zdanie – kosztem wiedzy np z chemii, wolałabym być większym znawcą historii albo literatury, nie można być przecież ekspertem od wszystkiego. No ale to się u nas prędko nie zmieni 😉
      Swoją drogą, właśnie przypomniałaś mi o tych kutangensach 😛 Wczoraj odkryliśmy też z C., że było na matmie coś takiego jak ciągi, oczywiście nie pamiętamy po co one były potrzebne, ja z tej racji, że maturę pisałam później od niego, kojarzę jakieś n+1, ale po co to było – nie mam pojęcia 😀

  • W przeciwieństwie do próbnych matur jakie pisałem jeszcze w tym i w zeszłym roku, to co dostałem wczoraj było… no, proste. Dla mnie, dla humanisty, który ledwo z majzy zdał. Nie musiałem nawet czegokolwiek liczyć żeby poznać odpowiedź, z drugiej strony nie mialem pojęcia o błędzie względnym przy zaokrąglaniu.

    Ale to jest dobre. W sensie, że matematyka zaczyna uczyć logicznego myślenia, a nie klepania cyferek na podstawie wzorów z tablic.

    • No i moja też była prosta, zdałam na jakieś siedemdziesiąt parę procent 😉 W sumie myślę teraz, że to może być kwestia szkoły. Chodzi mi bardziej o to, że w klasie maturalnej w humanie u nas nauczyciele jakiejś geografii np. po prostu nam odpuszczali, sprawdziany były proste jak budowa cepa, a potem już w ogóle ich nie było, bo wiedzieli, że mamy inne rzeczy do nauki i nie chcieli nam dokładać. Natomiast matma musiała być ciśnięta do końca, bo na nauczycielu też jest presja, że ktoś nie zda – tak, presja, bo chodziłam do szkoły, w której przez sto lat może z jedna osoba nie zdała matury (pewnie dlatego że na nią nie przyszła – to i tak tylko legenda) – i wiesz, robiliśmy cięższe rzeczy niż przewiduje podstawa. Albo inaczej – w ramach podstawy, ale bardziej skomplikowane niż te na maturze. I dla mnie to był problem, bo kiedy musisz poprawiać każdy kolejny sprawdzian, a w dzienniku obok twojego nazwiska tworzy się całkiem pokaźny płotek i wreszcie kończysz liceum z tą głupią, wymęczoną i napoprawianą po dziesięć razy trójczyną, to naprawdę już Ci się rzygać chce na tą maturę z matematyki 😛

  • StrawCherry

    Trochę się zgadzam, a trochę nie. Uważam, że matematyka uczy logicznego myślenia i na maturze być powinna. Natomiast nigdy nie będę w stanie zrozumieć nauczycieli, którzy każą kuć na pamięć wzory. Z maturą problemu nie miałam absolutnie żadnego (jakieś takie miałam szczęście, że chociaż jej nie lubiłam, wchodziła mi ta matematyka do głowy), ale na sprawdzianach wzory albo próbowałam spisać od koleżanki, albo sama je wyprowadzić – nie chciało mi się ich zwyczajnie uczyć. Wychodziłam z założenia, że „na maturze są podane” – matematyczka miała ochotę mnie udusić. 😀
    Co do błędów językowych… Jestem na polonistyce i, niestety, niektórzy wykładowcy i u nas mówią „włanczać”…

    • A ja ciągle odnoszę wrażenie, że niczego się na matmie nie nauczyłam. Większości zadań nie rozumiałam i jak mi się nie udało ściągnąć albo coś nie było bardzo łatwe to miałam duży problem i szczerze mówiąc nigdy nie chciało mi się kombinować i zastanawiać, bo te łamigłówki matematyczne były dla mnie zwyczajnie nudne 😉 Chociaż szanuję punkt widzenia, zastanawiam się po prostu czasem tylko, czy to „logiczne myślenie”, które się z matmy wynosi nie jest raczej często powtarzanym sloganem, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością 😀
      I jak już wyżej gdzieś pisałam, ja też napisałam maturę z matematyki bardzo dobrze (jak na matematycznego pantofelka – bo na ponad 70%), ale przez trzy bite lata z rzędu musiałam walczyć o to, żeby nie być zagrożona z tego przedmiotu, poprawiać prawie każdy sprawdzian, uwielbiałam polski, no ale nie było czasu, żeby się go uczyć, bo trzeba było siadać do matematyki, żeby zdać 😉 Chodziłam do jednego z najlepszych liceów w mieście i wiesz, podczas gdy w klasie maturalnej nauczyciele geografii, chemii czy biologii dawali nam luz, nie robili sprawdzianów, nie dokładali niepotrzebnej pracy, żeby każdy się mógł w spokoju przygotować do matur, na których mu zależało, tak z matmy byliśmy ciśnięci do końca i ja np w ostatnich tygodniach szkoły zamiast się skupić na nauce WOSu i polskiego latałam poprawiać sprawdziany z matematyki, bo kobieta nie chciała nam odpuścić „bo chce mieć czyste sumienie, bo maturę z matmy musimy zdać”, no i ja, ten patałach ostatni tę maturę zdałam bez najmniejszego problemu, więc wydaje mi się, że dużo zależy od nauczycieli i szkoły 😉

      • Aleksandra Sadowska

        Ja przez 10 lat nauki tłumaczyłam się tym, że jestem zwykłym humanem, dopiero przez ostatnie 2 lata LO wzięłam się za matmę, bo chciałam spróbować czy to prawda z tym logicznym myśleniem. I o dziwo, prawda. Oprócz umiejętności obliczania tych wszystkich granic, asymptot i innych głupot to stwierdzam na własnej skórze, że nauka matematyki faktycznie zmienia światopogląd. 🙂

        • Podziwiam! Ja bym się nie odważyła – wydaje mi się, że prędzej bym usnęła nad zadaniami, niż rzeczywiście coś zrobiła z nimi 😉 Ja nigdy się nie tłumaczyłam z tego jakoś specjalnie – nie powiedziałabym o sobie jak o typowym humanie, za historią nie przepadam, a np. biologia w wielu aspektach była dla mnie ciekawym przedmiotem, więc nie są to jakieś standardowe ramy. Oczywiście, matematyka jest pewnie głównym źródłem z którego można czerpać umiejętność logicznego myślenia, ale wydaje mi się, że są też inne przedmioty, które logiczne myślenie rozwijają – może nie w takim stopniu – ale są 😉
          Swoją drogą, już abstrahując od tematu – nie wiedziałam, że rozpętam taką dyskusję na ten temat 😀 Co by nie mówić wpis jest trochę prześmiewczy, ja maturę z matematyki zdałam już jakiś czas temu i bez większych problemów, więc post nie jest apelem, ani – jak ktoś uznał w jakimś komentarzu – „tłumaczeniem humanisty”, bo ja ze swoim wynikiem z niczego się nie muszę tłumaczyć 😉 To po prostu luźna refleksja o tym, że matmy nie cierpię i że nie po drodze mi było pisać z niej maturę – co nie zmienia faktu, że musiałam i napisałam, i wtedy nie było gadania, teraz minęło trochę czasu, więc mogę sobie ponarzekać 😛 Nie mniej nadmieniłam, że ja osoby, które matmę rozumieją bardzo szanuję i nawet trochę im zazdroszczę, bo to jest ciężka materia i wydaje mi się, że nie każdy jest do tego stworzony 😉

  • Anna

    Ja myślę, że jeśli chodzi o liceum ogólnokształcące, to jak najbardziej powinno się je opuszczac z wiedzą z każdego przedmiotu. Sprawdzoną. No kurczę, ciągle mi się wydaje, że ludzie nie rozumieją podstawowej sprawy – studia NIE są i NIE powinny być dla wszystkich. Przez to poziom edukacji leci na łeb na szyję, bo jest dostosowywany do tych najsłabszych, a nie najlepszych. Potem mamy 80% „wykształconych” mlodych głupków, zamiast o połowę mniej, ale naprawdę mądrych.
    Nie chcę nikogo obrażać, ale przykro mi się jakoś patrzy na to społeczeństwo, w którym każdy ma papierek, a przez to traci on na wartości, bo ciężko odróżnić na pierwszy rzut oka, kto idiota, a kto nie.

    • Jeśli by rozpatrywać temat w tych kategoriach, to w ogóle trzeba by było zmienić formę egzaminów maturalnych, bo w tym momencie nie obrazują wiedzy ucznia, a umiejętność wykorzystywania oklepanych schematów 😉 To dotyczy także matematyki, bo od wielu lat pojawiają się te same zadania, które trzeba wykuć na pamięć 😛 Więc nie dość, że trzeba się uczyć tego, czego się nie lubi, to jeszcze w kółko tego samego – bile, pociągi i tak do porzygu ( być może na rozszerzeniu dzieje się coś ciekawszego, ale podstawa to zupełnie co innego). Co do tego można mieć tylko nadzieję, że się to zmieni 😉
      Poza tym, już mi się naprawdę nie chce pisać po raz setny, że ten post ma charakter prześmiewczy, że się lubię śmiać ze swojej matematycznej nieudolności i że to tylko luźne przemyślenia, bo ja już dawno zdałam maturę i to całkiem nieźle, a o matematyce pamiętam tylko jak sobie muszę coś drobnego policzyć. Umiejętność logicznego myślenia przemycają też inne dziedziny nauki 🙂 Poza tym, oprócz tego, że studia nie są dla wszystkich, warto wziąć pod uwagę, że także przewidują różne kierunki kształcenia i naprawdę nie każdy musi być dobry ze WSZYSTKIEGO 🙂 Więc jeśli mamy podwyższać poziom trudności, dajmy każdemu pole do popisu w dziedzinie, która go interesuje i w której chce się rozwijać, a o poziom wiedzy w ramach innych przedmiotów niech będzie kontrolowany przez nauczycieli 🙂 Bo nikt nie skończy liceum ani nie będzie miał możliwości przystąpienia do matury, jeśli nie otrzyma świadectwa 🙂

  • Wydaję mi się, że matematyka to jeden z tych przedmiotów, które trzeba uczyć się systematycznie inaczej wracając do szkolnej ławki po przerwie czujemy się jakby minęło 100 lat świetlnych… A z racji, że w liceum częściej chorowałam na anginy niż byłam zdrowa to średnio wiedziałam co się w ogóle dzieje. Na szczęście zdałam maturę i to wcale nie tak źle… Oczywiście nic a nic mi się nie przydało, przypuszczam, że wszystkie informacje nabyte w szkole zweryfikuję dopiero gdy za jakiś tam dalszy czas pojawi się dziecko, z zadaniami domowymi. Byłam tym rocznikiem, który jako pierwszy po dłuższym czasie miał tą dodatkową matematykę, pamiętam, że jeszcze w drugiej klasie do końca nie wiedzieliśmy czy ten horror przedmiot będzie obowiązkowy. Jeżeli chodzi o maturę z polskiego myślę, że powinna być rozbita na dwie części podobnie jak z angielskiego. Czym innym jest literaturoznawstwo a czym innym językoznawstwo, ale na to chyba musimy poczekać, bo jedno do drugiego ma się trochę jak piernik do wiatraka 🙂
    (gdy przeczytałam o pociągach przypomniałam sobie wszystkie zadania z dzieleniem jedzenia… jakby nie mogli być samolubami)