Jak nie pomagać?

Godziny wieczorne, parking pod Tesco. Pakujemy z C. zakupy do bagażnika, aż nagle zaczepia nas jegomość dzierżący w ręku garść tandetnych długopisów.
– Panie, daj pan pięć złotych, dam długopisy, ja głoduję! – C. jest moim idolem, jeśli chodzi o unikanie tych sytuacji, więc zazdroszczę mu uporania się z problemem jednym spojrzeniem i jako że już przeczuwam, iż ciężar słuchania pierdolenia spadnie na mnie – delikatną i wrażliwą kobietę, co do której prawdopodobieństwo ulitowania się gwałtownie wzrasta, przyjmuje na klatę kolejną część litanii
– A pani? Pani na pewno da pięć złotych, no niechże się pani zlituje, ja za darmo nie chce, te długopisy dam. Pięć złotych to niedużo, no niech pani da, długopisy dzieciom pani rozda jak pani sama nie potrzebuje, ale niechże pani da pięć złotych! – i tak w kółko, głosem przypominającym kogoś, kto jest obdzierany ze skóry. W końcu wsiadamy do samochodu.
Serca nie macie! – słyszymy jeszcze zanim zamkną się drzwi.

Jeśli ktoś kiedykolwiek pracował, nawet dorywczo – w sklepie bądź restauracji na przykład, doskonale wie, że na pięć złotych trzeba pracować około godziny. Dlaczego ktokolwiek miałby poświęcać godzinę swojej ciężkiej pracy dla kogoś, kto liczy na łatwy zysk? Łatwy, bo jak można zauważyć, rzeczony pan długopisów nawet nie próbował sprzedać – nie dowiedziałam się, że mają opływowy kształt, ani że cienka końcówka wkładu pozostawia po sobie idealnie i cieniutkie linie, ba – nie mogłam mieć nawet pewności, czy w ogóle piszą! Wyszedł z założenia, że sam fakt, iż ma coś na wymianę uprawnia go do żądania zapłaty. Ja wiem, że się mylił, ale założę się, że w końcu znalazł jedną, a może i więcej osób, które wzięły od niego te długopisy – chociażby tylko po to, żeby się w końcu odpieprzył, ofiarowały swoje pięć złotych i jeśli było ich więcej niż dziesięć – gratulacje, właśnie pozwoliliście naciągaczowi zarobić w godzinę więcej niż wy dzisiaj przez cały dzień.

Może i nie mam serca, ale na widok menela, który chce na wino; bezdomnego, który może nie wygląda, ale naprawdę bardzo potrzebuje, czy też pana z długopisami, mam ochotę powiedzieć, weźcie się wreszcie do roboty ludzie. Polska być może nie jest krainą miodem i mlekiem płynącą, ale jeśli ktoś naprawdę chce, to w końcu znajdzie sobie jakąś pracę – mniej lub lepiej płatną czy prestiżową – ale sobie znajdzie, o ile oczywiście nie będzie dzień w dzień tankował z kolegami pod moim oknem o szóstej rano.

Ja wiem, że wcześniej byłeś profesorem na UW i gitarzystą Bajmu, i że życie zrobiło sobie z ciebie żarty oraz że nie zasługujesz na byle jaką pracę, ale niestety prawda jest taka, że żadne z zajęć nie będzie bardziej upokarzające niż żebranie, więc cokolwiek zacząłbyś robić i tak będziesz o co najmniej jeden poziom wyżej, i jeśli już koniecznie chcesz na to wino, to sobie na nie zarób – może kiedy wreszcie zaczniesz wydawać swoje pieniądze, kilka razy się zastanowisz, czy warto znów prosić ekspedientkę o mózgojeba.

Wiem, wiem – uogólniam, alkoholizm to ciężka choroba, może życie go doświadczyło tak, że nie dał już rady się podnieść i tak dalej. Tylko, że to jego wybór. On zdecydował się zostać alkoholikiem, bo musi przecież wiedzieć, że są ośrodki, które pomogą mu się leczyć (w szczególności, jeśli jest profesorem) – niejednokrotnie za darmo. On zdecydował o tym, że się nie podniesie, że łóżko zamieni na ławkę w parku, że będzie żebrał o jedzenie zamiast udać się do fundacji, która pomaga bezdomnym i głodnym, że wyciąga od ludzi pieniądze, chociaż może się zawsze zgłosić do jakiejś organizacji, która poszuka dla niego zajęcia, a może nawet załatwi jakieś mieszkanie socjalne.
Trzeba po prostu chcieć, a on wcale nie chce, bo nauczyliśmy go, że w końcu ktoś sięgnie do portfela i znów będzie można się napić z kolegami. Tak jest łatwiej.

Następne w kolejce są rodziny wielodzietne. Nie mówię o tych, w których się nie przelewa, ale są w stanie tak zagospodarować pieniądze, nawet te które dostają, żeby dzieci nie chodziły brudne i głodne. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tych nieodpowiedzialnych życiowo ludzi, którzy mnożą się jak króliki, chociaż, przykładowo pieniądze z jakiejś charytatywnej zbiórki wolą przeznaczyć na nowy telewizor, niż na rzeczy, które chociaż w minimalnym stopniu uczynią życie ich dzieci znośnym. Kończy się więc na tym, że wokół syf, kiła i mogiła, ale plazma stoi. Strach tylko trochę włączyć, bo nie wiadomo czy już przypadkiem nie odcięli prądu. Zamiast im dawać pieniądze, trzeba ich najpierw nauczyć, jak tymi pieniędzmi gospodarować – inaczej nic z tego nie będzie, a za naszą dobroduszność mamusia kupi sobie nowe legginsy w panterkę.

Potem jak się zjawia opieka społeczna, rozpoczyna się dramat, że oni tak kochają, że nie pozwolą oddać, że to takie państwo okropne i pracy nie ma dla ludzi z ich wykształceniem, ale że oni dla tych dzieciaków to wszystko by zrobili, tylko nikt im nie chce pomóc. Ja to pozostawię bez komentarza, a o różnych tego typu przypadkach, możecie sobie poczytać tu, na blogu, który całkiem niedawno odkryłam i nie mogę się od niego od tamtej pory oderwać.

Jestem zdania, że zanim zdecydujemy się komuś pomóc, warto się zastanowić, czy naprawdę wciśnięcie mu w rękę kilku banknotów załatwia sprawę i przede wszystkim – czego ta osoba od nas chce – rzeczywiście pragnie pomocy i chce z niej skorzystać, czy liczy na łatwy i szybki zysk cudzym kosztem? Warto być świadomym, że ludzie nie mają skrupułów, jeśli chodzi o pieniądze – matka jest w stanie ogolić własne dziecko na łyso i w internecie wyłudzać pokaźne kwoty przeznaczone na leczenie chorej na raka córki, a cyganka ze starego miasta karmi niemowlaka narkotykami i poi alkoholem, żeby jej nie przeszkadzał w żebraniu (wiadomo, ktoś jej każe to robić, ale co za matka zgadza się na coś takiego?).

Warto pamiętać, że zazwyczaj ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy proszą o nią najciszej – o ile w ogóle mają odwagę prosić. Zatrzymajcie pięć złotych od pana kierownika dla kogoś, kto naprawdę będzie wiedział, co z nimi zrobić. I zrobi to.
  • Agnieszka Redzik

    jestem pracownikiem socjalnym, piszę bloga i często uczulam ludzi, że od pomocy są organizacje różne. Są ludzie którzy wolą pić, i żebrać niż iść po pomoc czy pracować. To ich wybór, a my nie możemy brać za niego odpowiedzialności

    • Dokładnie! 🙂 W moim mieście np. prężnie działa fundacja Brata Alberta, oni zajmują się przygotowywaniem posiłków dla bezdomnych – jak chodziłam do szkoły to po każdej Wigilii klasowej, jajeczku, czy jakiejś innej okazji, podczas której przygotowywaliśmy jakieś jedzenie, wszystko to co zostało zanosiliśmy właśnie tam 😉 Niestety warunkiem otrzymania pomocy jest bycie trzeźwym a dla niektórych to nie lada problem. A więc stoją nad ludźmi jak sępy przy ogródkach restauracji, jak już się zrobi ciepło i wszystkim się jeść odechciewa 😉 Ja już dawno przestałam im współczuć, bo niestety prawda jest taka, że sami się doprowadzili do takiego stanu i nie chcą z tym nic zrobić 😉

  • Pingback: Vojcikowna()