Lubię być smutna.

Nie spałam zbyt dobrze, ale dnia nie zaliczyłabym do nieudanych. Mówiąc krótko – jest stabilnie. Stoję sobie na uczelnianym korytarzu wygodnie oparta o ścianę i rozmyślam, co będę robić jak skończą się zajęcia. Refleksje o domowych obowiązkach przeplatają się niekiedy z poważniejszymi, na przykład, jak na miłość boską zdam egzamin z finansów, a potem wracają na swój pierwotny tor i tak sobie trwam przy tej ścianie całkiem zadowolona ze swojego jestestwa. Dopóki nie pojawia się ktoś, żeby zadać mi najbardziej wkurwiające pytanie świata:
– Aga, czemu jesteś taka smutna?
Chryste, no tak. Mogłam pomyśleć, że skoro nie szczerzę się na prawo i lewo bez wyraźnego powodu, muszę sprawiać wrażenie idealnego przykładu na zaawansowane stadium depresji, a zapewnienie mi towarzystwa i ciepłego słowa to obywatelski obowiązek. Pozwólcie, że coś wam wyjaśnię.
Nie wszyscy ludzie zostali stworzeni do tego, żeby być iskierkami nadziei/radosnymi chochlikami albo, tutaj miejsce na wasze określenie, bo już się pewnie domyśliliście, do czego dążę. Naprawdę istnieją na tym świecie osoby, które czasem albo dużo częściej niż czasem po prostu lubią posiedzieć same, pomyśleć albo pospać w ciągu dnia i ten melancholijny nastrój wcale nie jest dla nich uciążliwy, tylko przyjemny. To, że nie robię z siebie nadwornego klauna, który emanuje swoją pozytywną energią, zarażając wszystkich dookoła, nie oznacza wcale, że mam ze sobą jakiś problem. Egzaltacja to po prostu nie jest stan, w który wpadam zbyt często.
Uwierzcie mi, że jest ciężko żyć sobie w świętym spokoju na świecie, w którym zza każdego rogu wyłania się trener personalny z dopasowaną indywidualnie do twoich potrzeb ofertą usług, mających na celu namalowanie na twojej twarzy uśmiechu rodem z reklamy Colgate. Nie każdy dzień jest idealny. To, że ktoś, na przykład ja, wstał lewą nogą albo boli go żebro, albo po prostu nie ma ochoty na publiczną prezentację uzębienia, nie oznacza wcale, że potrzebuje kompleksowej terapii. Tak się zdarza. Niektórym trochę częściej (czyli na przykład mi).
Gdyby ludzie nie mieli nic innego do roboty oprócz uśmiechania się, prawdopodobnie urodziliby się uśmiechnięci. Wiadomo, są twarze mniej lub bardziej przyjemne, jednak pokerface, który otrzymaliśmy od Stwórcy w standardowym pakiecie mimiki twarzy, nie zdradza na ogół żadnych emocji. Ani pozytywnych, ani tym bardziej negatywnych – chociaż w dzisiejszych czasach, jeśli nie jesteś endorfinką, z pewnością coś ci dolega. Pewnie właśnie dlatego kiedy stoję pod uczelnią, wpatrując się w zabytkową PRLowską mozaikę na ścianie, bez żadnego wyrazu (nawet obrzydzenia!), ludzie mają ochotę na wypisanie mi skierowania do psychologa.
Typowy pokerface, to jednak nic, moi kochani, bo jeśli urodziliście się z brązowymi, przeszklonymi oczami, pewne jest jak amen w pacierzu jeszcze bardziej tragiczne rozpoznanie problemu.
– Aga, ty płaczesz?
No ręce opadają. Weź wytłumacz człowiekowi, który wyrywa cię z przyjemnego potoku myśli o tym co zjesz na obiad/na jaki kolor pomalujesz ściany w nowym mieszkaniu, że płacz i zgrzytanie zębów to ostatnia rzecz, jaka ci przychodzi do głowy. Patrzę na niego ze zrezygnowaniem, a on jest już pewny – och, pewnie nie chce o tym gadać, i uśmiecha się, patrząc tymi swoimi oczami, w których maluje się już nie współczucie, a zakłopotanie.
Bywają też ludzie, którym się znów wydaje, że są tak ważni w twoim życiu, że kiedy wasze oczy przypadkowo się spotkają akurat wtedy, kiedy myślisz o uprzątnięciu swojej szuflady i kwestiach organizacyjnych związanych z popołudniową drzemką, uciekają zaraz, by potem wszystkim, a przynajmniej osobie, która z pewnością ci to powtórzy, opowiedzieć z jaką to nienawiścią dzisiaj rzuciłeś im spojrzenie, podczas gdy nie byłeś nawet świadomy, że się dzisiaj mijaliście.
No kurwa, mam przepraszać kogoś za swój wyraz twarzy?
Nie zrozumcie mnie źle, nie mam wcale na myśli osób, które zachowują się, jakby nikt ich nie nauczył mówić i stoją wiecznie w kącie obrażone na cały świat, że miał czelność zaistnieć. Podchodzisz do takiej osoby i pytasz o jakąś neutralną sprawę, a ona wyskakuje do ciebie, jakbyś powiesił jej kotka na drzewie albo w ogóle nic nie mówi, ale nadal patrzy jakbyś jej wyrządził wielką krzywdę. Odwracasz się wtedy na pięcie i nie wracasz, modląc się, żeby nigdy jej nie zobaczyć w nocy, stojącej przy twoim łóżku. Z nożem.Chodzi mi głównie o ludzi, którzy nie przepadają za nadmiernym okazywaniem swoich emocji, co nie znaczy wcale, że ich nie okazują w ogóle. Akceptujemy na pozór, że każdy jest inny, że inaczej może odczuwać i mieć inne podejście do świata. Aż nagle, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, cały świat próbuje ci wmówić, że jedyne czego potrzebujesz do szczęścia to światłość, pogoda ducha, uśmiech na każdą chwilę i trzy szczypty dobrych chęci. Nawet, jeśli szczęście kojarzy ci się głównie z ciepłym łóżkiem, dobrym filmem, pizzą i mężczyzną przyklejonym do twoich pleców.No, ale skoro już tak krzyczymy, że chcemy więcej tolerancji i że nie można szufladkować, to ja wnoszę o więcej tolerancji dla ludzi, którzy świadomie odrzucają wizję figurowania w publicznym wykazie jako endorfinki. Dla ludzi, którzy uśmiechają się wtedy, kiedy czują taką potrzebę, a nie dlatego, że akurat teraz wypada albo po to, żeby komuś zapewnić wrażenia estetyczne na wyższym poziomie. Dla ludzi, którzy wcale nie są smutni, tylko są po prostu sobą i nie zamierzają nikomu niczego udowadniać, a także dla tych, których kąciki ust w sposób naturalny są nisko położone i przeważnie, kiedy nie myślą intensywnie o tym, żeby wyglądać na szczęśliwych, są mylnie identyfikowani jako osoby smutne.
To naprawdę uciążliwe przynajmniej raz w tygodniu zapewniać, że nie zamierza się na dniach popełnić samobójstwa.
Kiedyś, podczas romantycznego posiedzenia pod gwieździstym niebem, pewien przystojny Francuz z urodzenia, imieniem Pierre, około godziny piątej nad ranem, tuż po opróżnieniu butelki najtańszego wina z okolicznego spożywczaka, głęboko patrząc mi w oczy, wyznał łamaną angielszczyzną, że wyglądam jak jelonek Bambi. Potem powiedział, że bardzo chętnie się ze mną ożeni i będziemy mieć mnóstwo dzieci, po czym pocałował mnie czoło i odszedł w swoją stronę. Myślę, że to były oświadczyny z litości.
Bo nie wiem czy wiecie, ale Bambiemu zastrzelili matkę.
A ja mam smutny wyraz twarzy, chociaż jestem szczęśliwym człowiekiem.