Gwiazdy zawsze się spóźniają.

Każdy z nas ma przynajmniej jednego znajomego, o którym może powiedzieć na pewno tylko tyle, że jeśli umówiliście się na dwudziestą, spokojnie możecie wyjść z domu pięć po i udać się spacerkiem na miejsce spotkania, nawet jeśli ten niepozorny spacerek zajmie wam godzinę. Z początku jest to nawet zabawna sprawa, śmiejecie się razem z kolejnej przeszkody, którą wasz towarzysz musiał po drodze pokonać, by się z wami spotkać i przytakujecie ze zrozumieniem, ale kiedy po raz setny słyszycie, że kierowca autobusu pominął kluczowy przystanek albo na drodze doszło do katastrofy tej dekady, zaczynacie się zastanawiać, czy rzeczony delikwent ma jakieś nadprzyrodzone zdolności ściągania na siebie niezliczonych kataklizmów, czy ma was po prostu w dupie.

Nie wiem ile wam zajmuje przygotowanie się do wyjścia, ale dla mnie to preceder trwający około godziny. To i tak mało, ponieważ na makijaż, który daje mi możliwość pokazania się publicznie przeznaczam nie więcej niż pięć minut i tak naprawdę tylko moje włosy, które niebawem już sięgną pasa stanowią kluczowy problem. Mogłabym o nich napisać książkę, a raczej o tym, jak doprowadzają mnie do szewskiej pasji, ale co bardziej rozsądni czytelnicy już się chyba zdążyli zorientować, iż nie o tym ma być dzisiaj mowa, a o tym, że nic mnie bardziej nie wkurwia, niż moment, w którym już udało mi się je doprowadzić do przyzwoitości i jestem w trakcie nakładania butów, aż nagle dzwoni do mnie znajomy, piętnaście minut przed godziną umówionego spotkania, żeby powiedzieć, że dzisiaj jednak nie da rady albo spóźni się o godzinę, więc nie muszę się spieszyć.

Serio? Dzięki, że o mnie pomyślałeś, bo właśnie wychodzę z domu.

Ludzie, którzy nigdy nie mogą zdążyć na czas, nałogowo przekładają spotkania albo nie wypracowali w sobie zdolności umówienia się na konkretną godzinę – nawiasem, czasami mi się wydaje, że świetnie się bawią mówiąc odezwę się do ciebie między siedemnastą, a dwudziestą, skazując mnie tym samym na jakieś pięć godzin życia w niepewności, bo w zasadzie nie mam zielonego pojęcia, czy wyrobię się z tym, co na dzisiejszy dzień zaplanowałam – w każdej chwili przecież mogą zadzwonić, że za pół godziny będą na miejscu spotkania, zdają się zupełnie nie pojmować podstawowych zasad współżycia w społeczeństwie, o ile jeszcze współcześnie szacunek do czasu, który inni nam poświęcają można do nich zaliczyć.

Podoba Ci się to, co czytasz? Polub moją stronę na Facebook’u i zostańmy znajomymi na dłużej!

Znajomi, z którymi się umawiacie, zazwyczaj nie rezerwują dla was całego dnia, a jakąś określoną jego część, co spóźnialscy i ludzie notorycznie przekładający spotkania rozumieją chyba tak, jak ja matematykę. Czyli wcale. Nic dla nich nie znaczy, że ktoś poświęca swój czas, żeby przygotować się do wyjścia, że być może podporządkował plan swojego dnia, żeby móc się z nimi spotkać albo nawet odmówił sobie z tej racji jakiejś przyjemności albo zrezygnował z obowiązków (które tak czy siak będzie musiał wypełnić, ale gdyby nie oni, dawno miałby już je z głowy). Kilka waszych straconych godzin podsumowują słabym żartem, na przykład rzuconym z nonszalancją, och, wiesz – gwiazdy się zawsze spóźniają, albo wymuszonym przepraszam, bo przecież nikt wam nie kazał być punktualnie, a zresztą, jeśli umawiacie się około szóstej, zupełnie oczywistym powinno być, że dwie godziny później nadal są spoko.

Potem dziwią się, kiedy najlepsza koleżanka nie zaprasza ich na swój ślub. Ciężko przecież wywnioskować, że być może obawia się, że w momencie, w którym będzie wypowiadała sakramentalne tak, wparują z impetem do kościoła z głupawym uśmiechem na twarzy i ściągną na siebie uwagę wszystkich gości, rujnując przy okazji jej wyobrażenia o najpiękniejszym dniu życia.

To oczywiście może być jeden z wielu powodów, ale tak naprawdę nie chodzi tu nawet o próbę ściągnięcia na siebie uwagi, a po prostu całą serię zachowań, która z biegiem czasu sprawia, że tracimy do tego typu osób zaufanie i przestajemy je traktować poważnie. W momencie, w którym zdajemy sobie sprawę, że kolejne usprawiedliwienie jest po prostu następną głupią wymówką, którą powinniśmy zamienić raczej na stary, tak wyszło, że mam cię w dupie i nie obchodzi mnie, że czekałeś tu na mnie godzinę na mrozie, powinieneś się cieszyć, że w ogóle jestem, bo tak naprawdę wcale nie chciało mi się  przychodzić, warto sobie zadać pytanie, jaki jest sens utrzymywania z taką osobą kontaktu.

Bo czy można polegać na kimś, kto wiecznie każde ci na siebie czekać?