Feminazizm.

Wpis miał się pojawić w dzień kobiet, co by poruszyć bardzo ważny dla mnie temat, jeden z tych absurdalnych według zasad życia, które na co dzień wyznaję, ale jak to bywa zazwyczaj, kiedy o czymś człowiek bardzo chce napisać, jak amen w pacierzu pewnym jest, że nic z tego nie będzie, a nie chcę nikogo zanudzać wymuszonymi wypocinami, których czytać się nie da. Wobec tego wszystkiego i mojego lekkiego załamania, że już nic nie mam do powiedzenia, z pomocą nadeszły media społecznościowe, żeby mnie wyprowadzić z samego rana z równowagi i uraczyć Was tekstem zabarwionym nad wyraz emocjonalnie.

Jakoś tak się utarło w naszym społeczeństwie, i ja nie widzę w tym absolutnie niczego dziwnego ani tym bardziej złego, że mężczyzna, jako ten silniejszy z dwojga, czuje się zobowiązany, aby zapewnić kobiecie bezpieczeństwo. Płeć piękna zazwyczaj, a może nawet w większości przypadków dużo słabsza fizycznie – potrzebuje silnego, męskiego ramienia, czy pomocy przy targaniu ciężkich rzeczy (chociaż jeśli jakaś dama przepada z wnoszeniem lodówki na dziesiąte piętro, przecież nikt jej tego nie zabrania). Uważam za jedną z najpiękniejszych spraw, z którymi miałam się okazję zetknąć, sytuację, w której bezsilna i płacząca opadam w kochające ramiona człowieka, który na co dzień twardy i brutalny, otwiera dla mnie swoje serce i patrząc na mnie z troską, próbuje w ten swój męski nieporadny sposób zrobić cokolwiek, aby było mi lżej. To nie zawsze pomaga, ale nie oczekujmy cudów – facet nigdy nie będzie w stanie zrozumieć kobiecego myślenia, jego skomplikowania i zawiłości, ani też nie domyśli się czasami, jeśli mu się nie powie wprost – tak jest skonstruowana jego psychika i nigdy żadnego faceta za to nie winiłam, ale każda nawet już najmniejsza próba zrozumienia mnie była wzruszająca, bo sam fakt, że on chce to zrobić dla mnie, chociaż w ogóle mnie w danej sytuacji nie rozumie (pomimo starań na podwyższonych obrotach, ciężko czasem pojąć, dlaczego rozpłakałam się akurat podczas tej sceny filmu), bo jestem dla niego ważna i mu na mnie zależy, naprawdę dużo znaczy.

To są drobiazgi, które na co dzień kształtują nasze relacje. Facet przepuszcza Cię w drzwiach, odsuwa krzesło w restauracji, pomaga Ci założyć kurtkę – nie dlatego, że uważa, że jesteś niedorozwinięta i sama z tym sobie nie poradzisz, ale właśnie po to, żeby Ci pokazać swoje oddanie, że się o Ciebie troszczy, że chce uczestniczyć w najdrobniejszych czynnościach, które zdarza Ci się wykonywać, bo oni nie mówią, tylko robią, więc zanim urządzisz mu awanturę, że zbyt rzadko wyznaje Ci swoją miłość, zastanów się ile razy dzisiaj pokazał Ci, że Cię kocha. Z drugiej strony, Ty pozwalasz mu wyjść na piwo z kolegami i nie strzelasz focha, że raczył wrócić godzinę później niż przypuszczałaś, a kiedy już ułoży się do łóżka, stawiasz na jego półce szklankę z wodą, coby poranek był mu lżejszym. Na drugi dzień nie sugerujesz, że te parę godzin spędzonych przed telewizorem w piżamie było najgorszą katastrofą, jaka Ci się w życiu przytrafiła.

Dla mnie równouprawnienie to uzupełnianie się nawzajem, dawanie z siebie tego, co mamy najlepsze dla tej drugiej osoby, bo wcale nie jesteśmy tacy sami – różnimy się i to jest właśnie piękne, dlaczego zamiast walczyć nie chcemy się tym ze sobą dzielić?
Pomijam tu oczywiście kwestie fundamentalne – lata przemiany ludzkiej mentalności ofiarowały kobietom możliwość głosowania w wyborach, szansę na edukację z prawdziwego zdarzenia czy miejsca pracy, o których część z nich od zawsze marzyła i chciała o nie walczyć. To są rzeczy, które nie należą się komuś dlatego, że jest kobietą albo mężczyzną, a dlatego, że jest człowiekiem i o których sam powinien decydować. Warto jednak pamiętać, że nie są to marzenia wszystkich przedstawicielek płci pięknej, bo nieraz zdarza mi się czytać blogi kobiet, które po przebyciu długiej drogi, zahaczającej o najlepsze światowe uniwersytety i prestiżowe miejsca pracy, spełnienie odnalazły w pielęgnowaniu domowego ogniska – gotowaniu obiadów, praniu skarpet i doglądaniu dzieci – i nie czują się wcale z tego powodu napiętnowane, czy też poniżone. Czują się wspaniale, bo nie traktują swojego mężczyzny jak wroga numer jeden, który tylko czeka na okazję, aby z nich zrobić swoją niewolnicę, a jak kochanka i przyjaciela, który szanuje pracę, jaką wykonują w domu, bo dzięki niej po ciężkim dniu w robocie wracają do swojej bezpiecznej przystani i ukochanej kobiety. To, że zostały w domu nie oznacza przecież wcale, że są leniami bez ambicji i wykształcenia. To niejednokrotnie kobiety mądre i wykształcone, które mają swoje poglądy polityczne i naukowe, i fakt, że wybrały taką drogę wcale nie sprawia, że nie mogą rozwijać swoich pasji i zainteresowań, jeśli nie pracują na etacie.
Nic jednak dziwnego, że faceci zaczęli się buntować, gdy kobiety jedna po drugiej, zaczęły się zrzekać swoich przywilejów, stawiając otwieranie drzwi na równi ze splunięciem w twarz. Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że kiedy mężczyźni czytają absurdalne wypowiedzi i komentarze totalitarystycznych feministek (które tak na dobrą sprawę nie mają chyba pojęcia co słowo feminizm oznacza, bo feminizm sam w sobie jest okej, ale feminazizm to patologia), po prostu im się odechciewa tego dbania, pielęgnowania i szanowania, skoro na te ich starania drzwiami i oknami leje się jad.

Wiecie, nie spotkacie mnie często w szpilkach albo sukience, bo są dla mnie niewygodne, ale w życiu nie powiedziałabym, że są symbolem uciśnienia. Lubię napić się piwa z kolegami, zjeść kebaba i nie zawsze szczędzę słowa – nie jestem wzorem kobiecości, a przynajmniej tak mi się wydaje, a pomimo to, wstyd mi za te dziewczyny. Po prostu mi wstyd, bo zapominają, że nie mówią tylko w swoim imieniu, że powołują się na rzekome zdanie wszystkich kobiet w tych kwestiach, kobiet, które przez ich głupie pierdolenie są właśnie przez takie zachowania i apele traktowane przez niektórych mężczyzn, dla których już przebrała się miarka, jak kupka gówna, której niegdyś chcieli uchylić nieba, a dzisiaj nawet nie chcą kiwnąć na nie palcem.