Czy Ty też nie wiesz, gdzie podziała się muzyka?

[UWAGA] Temat jest na tyle obszerny, iż siłą rzeczy musiałam zastosować pewne uogólnienia, które w moim mniemaniu czytelnik jest w stanie skutecznie zinterpretować. Jeśli nie,  z całego serca mu współczuję.

 

Godzina ósma czterdzieści pięć. Przekręcam kluczyk zasłony antywłamaniowej i wślizguję się do sklepu pogrążonego jeszcze w ciemnościach. Wpisuję kod do alarmu, włączam światło i odpalam komputer. Czegoś jeszcze brakuje, ale nadal jest przyjemnie. Zaspane palce wciskają niezdarnie literki na klawiaturze. Centrum handlowe świeci pustkami. Cisza. Piętnaście minut błogiej ciszy.
Potem zaczyna się dzień.
I wtedy też ktoś zazwyczaj wpada na pomysł, żeby włączyć radio.
To jest ten moment, w którym zaczynam powoli się męczyć. Z dziwnych i niezrozumiałych zupełnie powodów moje uszy muszą wziąć na siebie ciężar odbierania tej samej, powtarzanej dzień w dzień ramówki popularnego radia. Piosenki, co do zasady, niewiele się od siebie różnią i w większości można je po prostu przeżyć, ale po sześciu, ośmiu, a czasem nawet dwunastu godzinach pracy z tą zlewającą się w jedną całość kakofonią w tle, uciekam do domu z błogim uśmiechem na ustach. I nie chcę wracać.
Ale wiem, że muszę.Jestem jedną z tych osób, która często łapie się na tym, że kiedy chce sobie posłuchać miłej i przyjemnej muzyki, wiecie, nie takiej, która ma przynieść natchnienie, ani nie tej ulokowanej w jakimś konkretnym przedziale, jeśli chodzi o swój rodzaj, po prostu czegoś neutralnego, co będzie sobie leciało w tle i co ja będę sobie mogła podśpiewywać od czasu do czasu, i co swoim tłustym bitem nie wyprowadzi mnie po trzech minutach z równowagi, sięgam zawsze po muzykę z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. Nienaganną, prostą w swoim przekazie, bez zmanierowanego wyśpiewywania dziwnych ornamentów, często nagrywaną live, bo niejednokrotnie te właśnie wykonania przebijają studyjne. Dzisiaj, kto by sobie tak poradził bez playback’u?
Bo wiecie, na pewno to znacie, na scenie pojawia się Paula albo jakaś inna Patty. Melodia niby ta sama, ale coś jest inaczej. Tu niedociągnięte, tam niedośpiewane. Zaczynają się wyższe partie, a Sylwia Grzeszczak (nazwana kiedyś przez Adama Sztabę Sylwią Wrzeszczak, za co do tej pory go szanuję) robi jedną z tych min pełnych artyzmu, ale jakoś wcale nie idzie to w parze z tym, co dochodzi do moich uszu. Muszę zmienić kanał.

Czy o tekście naprawdę muszę coś mówić? Zazwyczaj albo przesadnie i nieudolnie patetyczno-poetycki, w brzmieniu coś jak dwunastolatka mówiąca o tym ile to już nie przeżyła, albo infantylny do tego stopnia, że mam czasami wrażenie, iż tekściarz w obawie, że publika go nie zrozumie, czerpał inspirację z piosenek, które zapodają w domowym przedszkolu. Serio? Dlaczego ciągle mam wrażenie, że ktoś robi ze mnie debila? [w tej części chciałam coś napisać o Sarsie, ale ostatecznie stwierdziłam, że chyba nie ma na to słów i wiecie, jak to się mawia, przynajmniej po wschodniej stronie Wisły, z gówna bata nie ukręcisz

Co się więc stało z prawdziwą muzyką? Otóż, jak sądzę, chowa się w zapomnianych garażach i w nieśmiałych szufladach, licząc na to, że uda się jej obronić swoją wartością. Czekając, aż ktoś się nad nią pochyli, odkryje. Okiełzna ją i pokaże światu w całej krasie, oferując cały wachlarz doznań. Bo to się oczywiście dzieje, ale nie na oczach wszystkich – nie każdy zasłużył na muzykę. Chociaż większość po prostu dobrowolnie z niej rezygnuje na rzecz artystów, którzy niczego sobą nie reprezentują oprócz pieniędzy bądź odpowiednich koneksji, a kiedy jest popyt, jest i podaż, i medialna maszyna, chcąc nie chcąc, jest zmuszana do gloryfikowania miernoty, której domagają się masy. Także jeśli ktoś mi mówi, że słucha muzyki operowej, rocka, rapu, reggae (byle nie polskiego, bo to według mnie powinno być zdelegalizowane– w celu uniknięcia podśmiechujków, tak, zdarzyło mi się go słuchać w głębokiej mentalnej gimbazie, ale człowiek nie działa wtedy w sposób racjonalny), czy nawet black metalu – szanuję, choć wcale nie muszę przepadać, bo to nurty z jakąś historią, z czymś charakterystycznym, swoją subkulturą, tradycją. Jeśli jednak przychodzisz do mnie i mówisz, że jesteś kwiatanator albo belieber i jak smutno Ci jest z powodu trudności i problemów w życiu codziennym z jakimi się stykasz z tego powodu… nawet mi Cię nie żal.

Dbajcie o swoje uszy. A jeśli już nie ma wyjścia, powtórzę za Thomasem Carlyle’m – i być może warto to sobie wziąć do serca – że to cisza jest żywiołem, w którym formują się rzeczy wielkie, jeśli wiecie co mam na myśli.

 

  • Czujesz, że ktoś robi z Ciebie debila? Robią, no robią! Chodzi mi o to, że wymienione przez Ciebie piosenkarki dostają nakazy ''z góry'' – muszą grać to, co się dobrze sprzedaje. A, że publika (no musisz się ze mną zgodzić) jest mało wymagająca, wciskają wszędzie tanie gówno. I jak tu wytrzymać.
    Osobiście, mój gust muzyczny zatrzymał się jakieś dwadzieścia lat temu. Z nowych artystów są to raczej singer-songwritersi, coverzyści ( i inne pomysły internetów) albo artyści niezależni, którzy kierują się na mniejszą publikę, no i sami są sobie panami, więc nie dostają nakazów z góry. No i przez to są bardziej naturalni, prawdziwi, wiarygodni.

    Pozdrawiam!

  • Jak zawsze w punkt! Muzyka zawsze była mi bliska. Już jako dziecko, gdy wracałam z przedszkola puszczałam kasety, na których miałam nagrane piosenki Queen i zasypiałam przy radiu z uśmiechem na twarzy 🙂 Potem z czasem muzyka zaczynała się zmieniać, ale zawsze wpływała na to jak jestem ubrana, jak się zachowuje czy jaki humor mam danego dnia. Potem gdy pracowałam jako kelnerka w domu okolicznościowym, bębenki pękały mi od głośnego Disco Polo na żywo (dla mnie ta muzyka to jakaś pomyłka). Później praca w sklepie odzieżowym polskiej marki LPP, gdzie muzyka gra tak głośno, że nie słychać klientów. Wracałam do domu z piskiem w uszach i nie umiałam z tego powodu zasnąć. Ostatnio kiedy już mam spokojniejszy tryb pracy wracam do muzyki klasycznej, ale też do muzyki lat 50 i 60. Pokochałam też współczesny folk a od dwóch lat nieprzerwanie chodzę często na koncerty i słucham jeszcze częściej Goorala, tęsknie strasznie za Hardcorowymi Gigami, bo kojarzą mi się z liceum. Jednak nigdy nie zapomnę tego czego słuchałam w szalonych latach gimbazy i jaka była dumna z tego, że nie nosze się na różowo i nie podobają mi się chłopaki z N'Sync, tylko kocham Freda Dursta, a Jonathan Davis mógłby czytać mi bajki na dobranoc.

  • Myślę, że to dlatego, że większość z nich nie ma talentu, tylko ładną buzię, liczą na szybką kasę i wielką karierę, a że pewnie i w dużej mierze nie mają na siebie pomysłu, to i miauczą tam coś pod nosem. Chociaż nie zawsze tak jest, dobrym przykładem może być w Polsce Brodka, która tuż po udziale w Idolu śpiewała sobie jakieś kołysanki, z tym, że no jeszcze nazwałabym to muzyką, bo jakaś tam melodia była, a nie "łubudubu", nie zmienia to faktu, że widać motzno, że dopiero dużo później zaczęła robić to, co naprawdę chciała – od momentu, w którym usłyszałam jej nowe piosenki, podejrzewam, że wcześniej jakiś kontrakt ją zobowiązywał i tyle.
    Ja uważam, że jak ktoś jest wystarczająco utalentowany i zdeterminowany, będzie szukał wytwórni,w której pomogą mu rozwinąć skrzydła – udzielą rady, ale nic nie będą narzucać. Pomogą, ale nie zrobią niczego za Ciebie ani wbrew Tobie. To kwestia ludzi, z którymi się pracuje 🙂 Czasami po prostu trzeba tylko trochę cierpliwości no i nie mieć parcia na występy podczas Sylwestra z dwójką. Bo wtedy raczej trzeba śpiewać gówno 🙂

  • Disco polo uznaję tylko na weselach w ramach alkoholowych wygłupów. Ale tylko stara szkoła XD Bo to jeszcze mi się trochę kojarzy z czasem gówniako-przedszkolnym i potrafię się z tego śmiać i nawet dobrze bawić (oczywiście nie na trzeźwo). Natomiast tzw. "nowe" disco polo jest dla mnie porażką, to naprawdę wstyd, że ktoś postanowił do tego wrócić, myślałam, że ten "gatunek" jest reliktem przeszłości równie żenującym jak ubrania z rocznika 2000… Już i tak w wielu krajach na pytanie co wiesz o Polsce, ktoś odpowiada "No, macie tam disco polo, hehehe".
    Ja niestety w gimbazie trochę zgłupiałam, i po sześciu latach ogólnokształcącej szkoły muzycznej, gdzie wychowywano nas raczej na artystów, dopiero tam zaczęłam poznawać ówczesne hity, wtedy każdy zaczyna powoli szukać jakiejś drogi, zarówno muzycznej, jak i życiowej. W liceum w większości wszystko wróciło do normy i skupiałam się już raczej na tych rzeczach muzycznych, które można szanować, a na studiach zupełnie stetryczałam i zazwyczaj towarzyszą mi Paul Anka, Neil Sedaka, Elvis Presley, czy na przykład Aretha Franklin. Powinnam się narodzić w latach pięćdziesiątych w USA. Myślę, że mój gust muzyczny by się tam odnalazł. No ale ja chyba niekoniecznie 🙂

  • W głowie kłębi mi się tyle słów, że sama nie wiem co napisać. Mówiąc krótko-w samo sedno. Zgadzam się z Tobą, całą sobą. To, czego jesteśmy zmuszeni słuchać teraz, ciężko nazwać muzyką.

    http://agnieszkaa17.blogspot.com

  • jeszcze gdzieś tam można znaleźć taką muzykę 😀
    mój blog KONKURS FOTO

  • Jako gimnazjalistka lubiłam Grzeszczak, bo łatwo się ją śpiewało, a wtedy muzyka szczególnie potrzebna mi była do fałszowania. Później zaczęłam jej słuchać dla przyjemności, ludzie zaczęli mi uświadamiać, że można szukać…i szukałam. Bajka. Szwedzki metal, rock, pop z rockiem. Człowiek zaczął się kształtować z muzyką. Nauczyłam się dostrzegać cokolwiek dobrego w czymkolwiek. Fakt, że w Justinie:) nie wiem jak to się pisze, nic dobrego nie dostrzegłam, ani w Kwiatkowskim, ani w Lisowskiej, Juli, Nykiel, tej blondynce od "My Słowianie", polski rap jest mi obcy. Pop angielski czasem fajny, ale tylko z rockiem. Ryan Tedder na zawsze skradł mój serce. Niestety muzyka psuje się wraz z ludźmi i mentalnością. Czas zweryfikuje, jak bardzo jesteśmy na dnie, gdy zamiast nut słychać obijające się od siebie pieniądze.
    PS Dziękuję serdecznie za komentarz u mnie.