5 powodów, dla których przestałam interesować się polityką.

Na gruncie burzliwej atmosfery wokół działań obecnego rządu, postanowiłam zamanifestować swoją ignorancję. Przed Wami pięć powodów, dla których już dawno stwierdziłam, że gdybym chciała śledzić co się dzieje na Wiejskiej, nie byłabym sobą.

1. Praca w Sejmie jest jak każda inna.

W każdym miejscu pracy znajdą się ludzie z pasją, ale także tacy, którzy swoje obowiązki przyszli, krótko mówiąc, odbębnić. I tych drugich niestety zazwyczaj jest więcej. Kandydaci na posłów lub senatorów wcale nie muszą się specjalizować w dziedzinach takich jak prawo, administracja, czy ekonomia i często nie mają nawet pojęcia na jakie projekty głosują. Dostają instrukcje co do tego jak mają to robić, które, co prawda nie są dla nich wiążące, jednak postępowanie wbrew polityce partii może dla nich skutkować konsekwencjami dyscyplinarnymi, a nawet wykluczeniem z ugrupowania. Niejednokrotnie dieta poselska jest przecież ich głównym źródłem dochodu! Przestałam już dawno wierzyć, że zależy im rzeczywiście na tym, co się dzieje w państwie, kiedy mogą spokojnie żyć wykonując zlecone im zadania bez zastanawiania się nad nimi – wątpię, aby taka odtwórcza forma pracy skłaniała ich do refleksji, czy też motywowała do zaangażowania w to co robią, tym bardziej, że często się na tym po prostu nie znają.

2. Władza wcale się nie zmienia.

 Przynajmniej w dużej części. Nie trzeba się mocno interesować polityką, żeby zauważyć migracje posłów z jednej partii do drugiej. Są to zazwyczaj politycy, których sytuacja jest niepewna ze względu na błędy, które popełnili i wolą uciekać, niż ponosić konsekwencje na kanwie ugrupowania, a także – co oczywiste, często migracja do innej partii, której poparcie gwałtownie wzrosło, daje większe szanse na zachowanie stanowiska w następnej kadencji. Na „do widzenia”, warto zarzucić partii „matce”, złe potraktowanie eksczłonka, czy też niewywiązywanie się z obietnic wyborczych, żeby jakoś swoją nagłą „przeprowadzkę” przed ludźmi usprawiedliwić. W konsekwencji, niezależnie od tego, która partia dochodzi do władzy, skład Sejmu tak naprawdę nie ulega dużym zmianom, bo wciąż zasiadają w nim ci sami ludzie, których oglądamy od lat, oczywiście z jakimś odsetkiem nowych i ambitnych członków, którzy niebawem nauczą się wszystkiego od starszych kolegów.

3. Szanse na wygraną mają tylko największe partie.

Więc jeśli nie chcesz głosować na polityków, o których ciągle głośno i na których już nie możesz patrzeć musisz albo zaniechać głosowania – co osobiście odradzam, bo ja na przykład głosuję i dlatego uważam, że mam prawo sobie trochę ponarzekać – albo poczekać na ekstremalną zmianę preferencji wyborców, a raczej mieć nadzieję, że się takowej doczekasz. Metoda liczenia głosów w Polsce, w dużym uproszczeniu oczywiście – bo na ostateczny wynik wpływa kilka czynników, faworyzuje największe partie. W związku z tym, wertowanie programów partii mniejszych, o których raczej nie jest głośno w mediach, może i zapewni Wam poczucie, iż głosowaliście w zgodzie z własnym sumieniem, ale szanse na to, że zagwarantuje Wam władzę o jakiej marzycie są nikłe. Niestety oddawanie głosów sprowadza się zazwyczaj do wybrania mniejszego zła. Co do metody d’Hondta, jeśli ktoś chce poznać szczególy, którymi nie zamierzam zanudzać, bo to sprawa skomplikowana i nie każdy przepada za matematyką (ja na przykład nie za bardzo) – odsyłam tutaj w poszukiwaniu nadprogramowych informacji.

4. Media nie dostarczają obiektywnych informacji.

Każdy zdaje chyba sobie sprawę, że w zależności od tego, czy weźmiemy do ręki Gazetę Wyborczą, czy Frondę, okaże się, że polityk, który za swoje działanie w jednym miejscu został zmieszany z błotem, w drugim będzie wyniesiony na piedestał chwały (i na odwrót). Telewizja również bardzo często przeczy sama sobie, i tak na dobrą sprawę człowiek, który nie posiada rozleglej wiedzy w przeróżnych dziedzinach nauki (a przecież nikt nie ma obowiązku na wszystkim się znać), po prostu, najzwyczajniej w świecie sam już nie wie w co wierzyć. Czwarta władza w Polsce ma do siebie niestety to, że kuleje – dziennikarze są stronniczy i niekompetentni – to skutkuje istotnymi brakami w świadomości ludzi, którzy niejednokrotnie swój jedyny kontakt z wielkim rządowym światem opierają na relacjach medialnych. Ponadto, nigdy nie wiadomo, czy wydarzenia, z których akurat telewizja postanowiła zrobić sensację, to aktualnie najważniejsze wydarzenia w kraju, czy może jedynie mają służyć za tzw. „przykrywkę”. Podsumowując, gdyby człowiek chciał dociec prawdy, musiałby sam (lub z pomocą specjalisty) dokonywać wykładni polskiego prawa, potem jeszcze przeczytać parę fachowych książek, a na sam koniec zapoznać się ze wszystkimi dostępnymi gazetami (które przynajmniej oferują ostatecznie jakiś poziom na płaszczyźnie gramatyki i składni – bo w internecie różnie bywa), przecedzić ich relacje przez sitko i finalnie wydać sąd. W jednej sprawie oczywiście. To jasne, że nikt nie ma na to czasu, więc pozostaje albo mieć politykę w dupie albo poświęcić jej swoje życie, albo wierzyć naiwnie w to, co mówią media.

5. Nie lubię się denerwować.

Maciek z gimnazjum numer 10 w miejscowości XYZ po owocnej kartkówce z WOS-u; Sebastian z technikum samochodowego w ABC, który nawołuje do patriotyzmu, a potem po wypiciu mamrota z kolegami rozrzuca butelki na cmentarzu wokół grobu nieznanego żołnierza; i obowiązkowo pierwszoroczny student prawa Norbert, który po zdaniu egzaminu z prawa rzymskiego wertuje podręczniki w poszukiwaniu paremii łacińskich, które najmądrzej zabrzmią w komentarzu (ostatecznie kończy się na dura lex sed lex, bo tylko tą pamięta i względnie wszędzie pasuje) – oto właśnie przodownicy w internetowych politycznych dysputach. Mają najwięcej do powiedzenia, najlepiej znają się na sytuacji w kraju, ba, w ogóle na wszystkim. A ludzie, którzy mają chociaż trochę oleju w głowie i próbują z nimi walczyć, siedzą przed komputerami i nie wiedzą sami, czy się śmiać, czy płakać. Ja po prostu milczę. Niejednokrotnie moje palce same zaczynają pisać jakiś komentarz, ale całe szczęście refleksja nadchodzi w odpowiedniej chwili i myślę – po co się denerwować? Mnie to nie interesuje, a oni, choć niejednokrotnie nie wiedzą w ogóle o czym mowa, piszą coś totalnie od czapy, żeby zgarnąć więcej lajków. Walka z wiatrakami. Gdyby wszyscy ludzie czas spędzony na agresywne dysputy polityczne (oczywiście Ci, którzy marnują na nie czas w internecie) poświęcili na przeczytanie naprawdę dobrej książki, istnieje szansa, że następne pokolenie będzie w stanie coś zmienić, bo zwyczajnie zacznie myśleć samodzielnie. Do tego gorąco zachęcam.

Oczywiście to tylko moja subiektywna opinia, ale ostatecznie po to jest ta strona, żebym mogła się nią podzielić i zorientować się, czy ktoś jeszcze myśli tak jak ja, czy właśnie stanęłam na podium w konkursie na ignorantkę roku. Powodów, dla których polityka nie jest dziedziną, która wzbudza we mnie zainteresowanie, a jedynie podsyca irytację swoją absurdalnością, mogłabym z pewnością znaleźć jeszcze kilka, ale wydaje mi się, że sprawy, które najbardziej mnie wpieniają, można zamknąć w tych pięciu punktach. Ostatnio muszę sobie o nich często przypominać w związku z co raz to nowymi doniesieniami telewizji, prasy i radia – medialny kocioł powoli zaczyna kipieć od informacji, które przestają się w nim mieścić – a ja nie chce brać w tym udziału.


A Wy co sądzicie? Dalej się irytujecie, czy już dawno daliście sobie spokój?

  • Michał Mańkowski

    10/10. Bardzo trafnie. Wow, jestem pod wrażeniem, serio. Nie trzeba się interesować na bieżąco polityką, żeby wiedzieć, w jaki sposób ona w Polsce i na świecie funkcjonuje, nie trzeba śledzić wydarzeń, żeby wiedzieć czym kierują się politycy. Jak napisałaś, oni chcą „odbębnić” swoją robotę, nierzadko nawet nie myślą, bo głosują tak, jak każe im partia, a nie sumienie. W zależności od sytuacji mówią to, co jest dla nich wygodne. Właśnie pięknie to ujęłaś, że zazwyczaj dopiero ex-członek partii politycznej zacznie wypominać jej wady i złe posunięcia, bo jeszcze jako członek zapewne bałby się, żeby nie utracić stanowiska. I tak samo jako nowy członek innej partii będzie bał się ją krytykować. Nierzadko bywa, że sam zaczyna w te kłamstwa i swoją nieuczciwość wierzyć, żeby zdusić swoje sumienie. Oj, nieładnie. Rzadko można trafić w polityce na ludzi, którym zależy. Nie wiadomo, komu ufać. Cały czas te same gęby. Media sprawy nie ułatwiają, bo same wciągają się w tę głupią grę. Ludzie czytają taką prasę, która im pasuje, nie usiłując nawet poświęcić się analizie czytanego przez nich źródła „rzetelnych” informacji i w ogóle. Powinno się czytać książki, czytać historię polityczną (i politykę historyczną, to też jest ważne :D), zamiast szpanować i obrażać innych w internecie. Ja też nie lubię się denerwować, bo kto lubi…