Smutna prawda o postanowieniach noworocznych (i o tym jak chciałam Wam nakłamać).

„Nienawidzę Nowego Roku. Nienawidzę wszystkich ludzi. (…) Na szczęście została mi ze świąt olbrzymia tabliczka mlecznej czekolady Cadburry’ego i zabawna miniaturka ginu z tonikiem. Skonsumuję je i zapalę papierosa.”

                                                                                                    /H.Fielding, Dziennik Bridget Jones/

No dobra, nie będę się oszukiwać. Postanowiłam, że warto coś nabazgrać o postanowieniach noworocznych, które w okolicach każdego Sylwestra plączą się w mojej głowie. Usiadłam do komputera, zaciągnęłam się zapachem kawy i wyszedł mi poważny i dojrzały post o tym, jak to chcę zmieniać świat, siebie i ogólnie ciężko pracować w celu zebrania motywacyjnych owoców. No a potem to przeczytałam i myślę sobie, wszystko ładnie, tekst w porządku i gramatycznie, i składniowo, może ktoś by się nawet zainspirował i chciał coś namącić w swoim życiu, pozmieniać, ale, na Boga, co to ma wspólnego ze mną? Całe szczęście się opamiętałam i postanowiłam poświęcić kolejną godzinę na opisanie smutnej prawdy o noworocznych postanowieniach.

Pierwszego stycznia wszystko się zmieni?

Nie wiem jak Wy, ale ja po sylwestrowej imprezie budzę się zazwyczaj z lekkim (no dobra – olbrzymim) bólem głowy i nieodpartą chęcią zjedzenia kebaba. Wszystko mnie boli i jeśli mam być szczera, wzniosłe refleksje dotyczące „nowego życia” to ostatnia rzecz, która przychodzi mi do głowy, o ile jestem w stanie zmieścić w niej coś więcej niż instynkt zrealizowania podstawowych potrzeb z piramidy Maslowa – a konkretniej, potrzeb z poimprezowej piramidy Agniesi – butelki wody i ciepłego posiłku (jeśli nie kebab, to chociaż idealnie siadający na żołądku schabowy ze zbitymi ziemniakami i surówką z białej kapusty). Nie rozumiem, jak można kojarzyć pierwszego stycznia z dniem wielkich przemian (chyba, że zmiana daty w kalendarzu się do nich zalicza), bo z własnego doświadczenia, jak również z relacji znajomych, wiem, że większość osób po prostu stara się w Nowy Rok nie zemrzeć w samotności z odwodnienia. Kto by się więc przejmował, czy po dwunastej zjedzenie miski chipsów będzie zwiastowało karygodne złamanie przepisów postanowień noworocznych? Nie dajmy się zwariować. Sylwester to jedyna taka imprezka w roku, na którą mam ochotę się odstawić (za czym nie przepadam i to jeden z 4 powodów, dla których nie lubię świąt), podczas której zawsze dbam o to, by znaleźć się w gronie najbliższych przyjaciół i jedyna okazja na składanie życzeń bez zażenowania, a to naprawdę argument koronny, by bawić się świetnie i bezstresowo, i myśl o postanowieniach noworocznych odsunąć od siebie raz na zawsze.

Motywacyjne zdjęcie w tle na Facebooku na pewno pomoże.

Nie zapomnijcie o ustawieniu nowego zdjęcia w tle, to na pewno pomoże wam odmienić los. Podejrzewam, że nie jestem jedyną osobą, której się cofa, kiedy widzi motywacyjne, ostatnio mocno popularne frazesy, które bardziej kojarzą się z rzeczywistością kreowaną przez typowego członka FM, niż z prawdziwym życiem. Nie mogę się doczekać noworocznej fali nawołującej do zmiany na lepsze, tak, jakby zima, kiedy za oknem szaro-buro, zimno i drzewa kładą się na ziemi pod wpływem wiatru, była najlepszym z możliwych momentów na przyklejenie sobie do twarzy uśmiechu i wzbudzenie w swoim wnętrzu ochoty do dziarskiego kroczenia przez życie, na pohybel przeciwnościom losu. Osobiście jestem zdania, iż postanowienia noworoczne to zazwyczaj wzniosłe niewypały, które sobie obiecujemy totalnie nie planując swojego działania. Uważam, że jeśli ktoś chce serio coś zmienić, po prostu to robi i nie patrzy na to, czy mamy Nowy Rok, czy Wielkanoc, nie błądzi po sieci w poszukiwaniu cytatów Paolo Cohelo i nie obwieszcza tego wszystkim na Instagramie. Nie wspomnę już, że większość z tych motywacyjnych frazesów w ogóle nie uwzględnia realiów prawdziwego życia i w konsekwencji niewielkie pocieszenie niesie ludziom, którzy na co dzień zmagają się z problemami, których nie rozwiążą faszerując się cytatami z harlekina. To oczywiście moja subiektywna opinia, bo na pewno istnieją ludzie, którym to pomaga. Ja do nich jednak nie należę.

Ciągle mam nadzieję, że zrobi się samo.

Większość ludzi (w tym ja), gdzieś pod skórą czuje (chociaż niekoniecznie mówi o tym głośno), że życie szykuje im coś wspaniałego, są stworzeni do wielkich celów oraz najlepiej żeby wszystko to po prostu pewnego dnia zapukało do ich drzwi w postaci spadku po dawno zapomnianej dalekiej ciotce albo że to właśnie oni, już niedługo, wygrają w totka grube miliony i nie będą się musieli o nic martwić. Niestety, jak to zwykle bywa, takie historie zdarzają się tylko w M jak Miłość (chociaż i tam Piotrek z Kingą zapodziali swój szczęśliwy los). Nie zrozumcie mnie źle, zdaję sobie sprawę, że siedzenie na czterech literach i narzekanie na swój ciężki żywot nigdy niczego nie zmieniło i nie zmieni, ale od czasu do czasu każdy z nas ma nadzieję, że może ujdzie mu na sucho chwila zapomnienia, że może Nowy Rok z grzeczności obdaruje nas prezentami, na które nie do końca zapracowaliśmy, więc składamy sobie pobożne życzenia zaprzestania ciągłego imprezowania, palenia papierosów, obiecujemy sobie, że schudniemy, zaczniemy się uczyć, a nawet chodzić na wykłady, i każdy wie jak to się kończy. Ciągle ulegamy wrażeniu, że w ciągu roku jesteśmy w stanie zmienić diametralnie całe swoje życie, jak gdyby początek tych zmian był synonimem pstryknięcia palcami. Spectrum innowacji, które zamierzamy wprowadzić jest zazwyczaj tak szerokie, że naprawdę nie wiemy sami od czego zacząć, a w efekcie prawdopodobieństwo dezercji już na samym starcie gwałtownie wzrasta. Chcemy wierzyć, że wszystko przyjdzie łatwo, aż budzimy się z ręką w pudełku pizzy i ostatecznie dajemy sobie spokój – w końcu kto dotrzymuje noworocznych postanowień?

Właśnie dlatego, z okazji zbliżającego się Nowego Roku, życzę Wam szampańskiej zabawy Sylwestrowej niezmąconej myślami o parszywym życiu i tłuszczyku na biodrach oraz żeby dwa tysiące szesnasty nie przysparzał zbyt wielu problemów; pierwszego stycznia zacznijcie ładować akumulatory i działajcie wtedy, kiedy naprawdę będziecie na to gotowi, układanie listy postanowień noworocznych jest przereklamowane!

 
  • Michał Mańkowski

    Ja też jestem myśli, że sprowadzanie wszystkich poważnych zmian w życiu do nastania Nowego Roku jest niepoważne. Symbolika jest piękna, ale życie wygląda trochę inaczej. Oczywiście z nastaniem Nowego Roku czuję się trochę inaczej, w końcu zmienia się datacja roczna. Ale jakiekolwiek zmiany, siłownia, dieta, poprawianie relacje z rodziną i przyjaciółmi, nie powinno się czekać na ten specjalny „początek Nowego Roku”, bo to jak dla mnie bez sensu. Trzeba zacząć jak najszybciej, tu i teraz.

    A ludzie, którzy obiecują sobie szereg zmian i zapowiadają zmianę stylu życia? Wydaje im się, że nastanie Nowego Roku to świetny motywator. Gdzie tam! To ludzie SAMI powinni się zmotywować, nie jakieś mistyczne przejście w Nowy Rok odbywające się przez rytuał zabawy sylwestrowej. I co przychodzi im po tych obietnicach, postanowieniach? Po kilku dniach czy tygodniach nagle opadają, nie chce im się. A to dlatego, że motywacji do działania szukali na zewnątrz, zamiast wewnątrz!

    To, co nazwałaś subiektywną opinią, moim zdaniem jest raczej faktem. Ale to tylko moja subiektywna opinia 😀

    • Nazywam to subiektywną opinią, bo wiem, że wszystko co w swoim życiu zmieniłam było moją decyzją 😀 Nie działają na mnie święta typu – Nory Wok, czy Boże Narodzenie, ani wydarzenia na Facebooku, ani też namowy osób z zewnątrz 😉 Wiem, że jeśli sama się nie zmotywuję, to nikt tego za mnie nie zrobi 😀 Niektórym natomiast, zdaje się, takie rzeczy pomagają – mnie odrobinkę śmieszą,chociaż wiem, że to nieładnie 😀

      • Michał Mańkowski

        Bo to w sumie jest śmieszne, ale jeśli komuś, nie wiem, pomaga się zebrać, no to w sumie czemu nie 😀