4 powody, dla których nie lubię Świąt i jedno „ale”.

1. Trzeba się ładnie ubrać.

Ja wiem, że trochę dziwne, ale naprawdę strasznie nie lubię eleganckich ubrań. Owszem, czasem mam ochotę poczuć się jak gwiazda, ale tylko wtedy, kiedy tak mi podyktuje moja podświadomość (średnio raz na dwa lata) i niestety nie chce tego robić w trakcie Świąt Bożego Narodzenia. Osobiście uważam, że odstawianie szopki z ładnymi ubraniami jest totalnie bez sensu w gronie najbliższych osób, które w dużej większości, co tu dużo mówić, widziały Cię jeszcze jak robiłeś pod siebie. Nie popadajmy oczywiście w skrajności, nie mówię, żeby siadać do wigilijnego stołu w piżamie, ale ulubiony sweter sprawiłby, że poczułabym się swojsko i komfortowo. Ponadto na pytanie, które zadałam dobre dziesięć lat temu rodzicom: „Czy Bóg przestanie mnie kochać, jeśli ubiorę się na Wigilię tak jak chce?” nie otrzymałam odpowiedzi do dziś, i wciąż nie wiem czy mogę na niej oprzeć swoją teorię wygodnego swetra (a wydaje mi się, że mogłabym to zrobić!).

 

2. Składanie życzeń.

Halo, halo, czy jest tu ktoś kto lubi składać życzenia? Jeśli tak, bardzo proszę o kontakt w celu umówienia się na jakieś szkolenie, bo dla mnie to jeden z tych momentów, które po prostu bardzo chciałabym mieć za sobą (nie licząc składania długich życzeń urodzinowych w podstawówce/gimnazjum/liecum, żeby uniknąć interakcji z nauczycielem). Nie rozumiem, dlaczego udaje się ten proceder obejść w Wielkanoc (w sumie w sensie teologicznym nieco ważniejszą od Bożego Narodzenia), kiedy to po prostu głowa rodziny rzuca, że życzy wszystkim wszystkiego najlepszego, a potem każdy bierze sobie po kawałku święconki i jeśli ktoś bardzo pragnie, dopowiada swoje wszystkiego najlepszego, jednocześnie zgarniając kiełbasę z talerza, podczas gdy w Wigilię prawdopodobnie spadłby na mnie deszcz błyskawic, gdybym nie podeszła do każdego indywidualnie mrucząc coś pod nosem o zdrowiu, szczęściu i pomyślności. Jak przyjdzie mi do głowy stworzenie listy najbardziej żenujących na świecie rzeczy, składanie życzeń na pewno się na niej znajdzie.

3. Ciężkie życie francuskiego pieska.

Nie lubię potraw wigilijnych. Pośrednio skazuję się właśnie na publiczną egzekucję, ale serio – jak do tej pory nie potrafię zaradzić swojej awersji do karpia, śledzika, uszek i innych szalonych świątecznych dań. Babcia smaży mi po prostu jakąś inną rybę, dla której poziom mojej tolerancji jest odrobinę większy, a potem jestem skazana na sałatkę jarzynową zagryzaną kanapką z szynką – ku ubolewaniu całej rodziny – bo co sobie o Tobie ludzie pomyślą, jak narzeczony Cię w gości zabierze! Luz rodzinko, nie mam narzeczonego, a „w gościach” po prostu nie gryzę jedzenia (oczywiście tylko tego, które mi nie smakuje), a jak najszybciej je przełykam, także może kiedyś karp przepłynie przez mój przewód pokarmowy i nie zginę od zadławienia się ością. Argument – „przynajmniej się najjesz” wobec powyższego odpada, chociaż żadnym ciastem nie pogardzę, dlatego też nie łudzę się, że pójdzie w cycki.

4. Niezręczne pytania.

Wydaje mi się, że nikt nie ma w tej kwestii do powiedzenia tyle, co jedynacy. Wiem, że osoby posiadające rodzeństwo zazdroszczą nam korzystania z wielu przywilejów, ale wiedzcie i Wy, że w ten dzień niejeden z nas chciałby się znaleźć na Waszym miejscu. Wigilijna kolacja, to jedna z tych sytuacji, kiedy cała uwaga starszyzny rodzinnej skupia się na Tobie i odpowiadając na postępujące po sobie pytania o życie uczuciowe, o to jak idzie na studiach i co ty właściwie chcesz w życiu robić dziecko, doskonale wiesz, że nie uda Ci się po cichu zejść ze sceny licząc na to, że Twój brat/siostra jakimś głupim komentarzem narazi się na blask reflektora. Oczywiście po latach praktyki wypracowujesz w końcu taktykę neutralnych odpowiedzi nie wywołujących trzeciej wojny światowej, ale to ile łez musiało spaść przy tej okazji pozostaje Twoją tajemnicą na zawsze.

5. Ale jednak…

 Nie raz, i nie dwa zakręciła mi się łezka w oku podczas śpiewania kolędy (i chce wierzyć mimo wszystko, że to nie z zażenowania, a ze wzruszenia), i kiedy sobie myślę, że tylu przecież jest ludzi, którzy dzisiaj będą się włóczyć bez celu albo siedzieć w samotności (Ci z kotem się nie liczą) i tęsknić za rodziną, która się nimi nie interesuje albo której po prostu nie mają, to, summa summarum, całkiem klawo, że mam z kim usiąść do tego wigilijnego stołu, zjeść mintaja i przytulić kilka prezentów, i że jest ktoś, kto się o mnie martwi, może nie tak jakbym chciala, ale tak jak umie. Myślę, że warto to docenić i z okazji dzisiejszego święta, zatrzymać się i pomyśleć o bliskich z odrobiną (przynajmniej) miłości. W końcu raz w roku można się przemęczyć!
 
  • Pingback: Smutna prawda o postanowieniach noworocznych (i o tym jak chciałam Wam nakłamać). – Vojcikowna()

  • Michał Mańkowski

    Czemu taka pustka w komentarzach? 🙁 Wielka szkoda, bo takie tematy to dobry materiał wybuchowy pod ciekawe dyskusje.

    Wygodne ubranie. No właśnie, chodzi po prostu o to, żeby było Ci wygodnie, ale żeby wyglądało to też w miarę przyzwoicie. Moim zdaniem sweter jest okej, ja sam chyba nawet nieraz zakładałem, przecież to nie jest rozmowa o pracę, żeby zakładać garnitur albo elegancką kieckę. Jeśli z tego powodu nie przepadasz za Świętami, to co z imieninami czy urodzinami mamy, cioci, babci? Przecież to okazja nie mniej uroczysta. Wiesz, ja na przykład bardzo lubię eleganckie stroje, tak kilka razy do roku. Może i jestem trochę spięty, ale czuję taką klasę. Myślę, że najlepszy ubiór na Wigilię to strój domowo-nastrojowy. Ktoś Ci mówił, że sweter na taką okazję to złe rozwiązanie? Ja tak nie uważam.

    Cała ta otoczka wokół składania życzeń świątecznych, ja to rozumiem. Słowa „zdrowia, szczęścia, pomyślności” rzucane każdej osobie to maraton monotonności i sztuczności. Ale może to być zwykła, krótka rozmowa, wyjaśnienie sobie spornych kwestii. Można też wysilić się na życzenia od serca, ja w to naprawdę wierzę.

    To, czy smakują Ci potrawy na wigilijnym stole, to kwestia gustu oczywiście. I kwestia tego, kto je przyrządza. I w jaki sposób. Ja wprost uwielbiam zapiekane krokiety roboty mojej babci. Jestem pewien, że by Ci posmakowały. Serio. No i jeszcze pierogi np. z kapustą i grzybami i do tego barszcz w kubku, poezja. Kocham to.

    Mam młodsze rodzeństwo rodzone, młodsze rodzeństwo cioteczne. Każdy (oprócz tych najmłodszych) jest pytany o plany, o to jak tam w szkole i jakie plany na przyszłość. Ale kiedy założysz rodzinę albo wpadniesz z odwiedzinami do chrześniaka, być może też sprowadzi się do tego, że będziesz zadawać takie pytania, żeby zacząć rozmowę 😉

    Najbardziej szkoda tych, którzy nie mają z kim spędzić Wigilii i marzną na zewnątrz. Na szczęście różne fundacje organizują wieczerze dla takich osób, a nierzadko zwykła rodzina zaproszą do siebie jakiegoś włóczęgę. A kiedy myślę sobie, że adoptowane dziecko po raz pierwszy spędzi ze swoją rodziną święta, to cieplej mi się robi na sercu.